Etnografia, kultura i antropologia przestrzeni bliskich

Ze Sławomirem Sikorą o badaniach terenowych rozmawia Karolina J. Dudek

Sławomir Sikora

Sławomir Sikora (fot. Tomasz Dżurak)

K.D.: Zacznijmy od wprowadzenia, bo mam z Tobą rozmawiać o badaniach, które prowadzimy razem. To trochę dziwna sytuacja. Powiedzmy więc otwarcie, że zamierzamy wyłożyć kilka ważnych kwestii związanych z projektem „Oddolne tworzenie kultury” i modułem „Aktywności miejskie” w formie dialogu, w którym będę odgrywać rolę Adwokata Diabła.

S.S.: Antropologia to sztuka zdziwienia. Powinno Ci pójść dobrze.

K.D.: To się okaże. Antropologia, etnografia – to bardzo popularne terminy. Wszyscy już prowadzą badania etnograficzne albo analizują coś z perspektywy antropologicznej: badacze rynku, socjolodzy, dziennikarze, filmoznawcy. To może czas wymyślić coś nowego, bo to strasznie już stare i zardzewiałe narzędzia?

S.S.: To fakt: termin „etnografia” stał się synonimem określonego typu badań, do którego sięga dziś wiele dyscyplin i podmiotów. Jednak to, że inni korzystają z naszych metod, nie oznacza, że my sami powinniśmy z nich zrezygnować. W ramach projektu „Oddolne tworzenie kultury” sięgamy do tradycji badań etnograficznych, polegających na przyglądaniu się kulturze w wybranych miejscach, ale wykorzystujemy nowe teorie oraz sposoby konceptualizowania dostosowane do współczesności. Dobra etnografia prawie zawsze wychodzi od lokalności – choć dziś w dobie powszechnych migracji (szkoła, praca), internetu, mediatyzacji naszego życia inaczej o niej myślimy – i zakłada zajmowanie się pewnymi zjawiskami przez dłuższy czas. Dlatego pozwala je opisać w sposób pogłębiony, skontekstualizowany i wielowarstwowy. Wracając do Twojego pytania: może i stare, ale nie zardzewiałe. Powiedziałbym raczej, że od czasów Bronisława Malinowskiego antropologia dojrzała jak dobre wino.

K.D.: No dobrze, ale antropolodzy na Grochowie? Antropologia kulturowa zapewne wielu osobom kojarzy się raczej z badaniami prowadzonymi gdzieś na odległej wyspie, skoro już wspomniałeś o Malinowskim.

S.S.: Antropologia od dłuższego już czasu zajmuje się również „własną kulturą”. W języku angielskim ten rodzaj antropologii określa się terminem anthropology at home. Po polsku nie ma chyba zgrabnego słowa czy wyrażenia, które oddawałoby wieloznaczność angielskiego home. Swego czasu korzystałem z terminu „antropologia na własnym podwórku”, ale potem zacząłem używać określenia „antropologia przestrzeni bliskich”, które – jak sądzę – brzmi nieźle, ale nie niesie za sobą, niestety, prostoty i zarazem wieloznaczności angielskiego zwrotu. Warto podkreślić, że coraz częściej badania antropologiczne prowadzi się w niekonwencjonalnych miejscach. Zatem Grochów, jedna z dzielnic Warszawy, jako miejsce prowadzenia badań jak najbardziej mieści się w dzisiejszych standardach, że tak to kolokwialnie ujmę.

K.D.: I co na tym Grochowie badają antropolodzy?

S.S.: Przyglądamy się temu, w jaki sposób „kultura radzi sobie” w różnych miejscach. „Radzi sobie” jest tu o tyle niefortunnym wyrażeniem, że jako antropolodzy mamy raczej do czynienia z ludźmi, którzy ową kulturę tworzą i współtworzą, oraz ze znaczeniami kulturowymi.

K.D.: I jak jest z tą kulturą na Grochowie? Czy ona tam w ogóle jest?

S.S.: Nasz projekt ma pokazać, że kultura istnieje wszędzie, choć na różne sposoby. Zgodzę się, że ludzie czasem zupełnie poważnie myślą – nawet jeśli nie pada to expressis verbis – że np. na Grochów trzeba „sprowadzić kulturę”. Warto pamiętać, że język (współ)tworzy rzeczywistość, oddziałuje na nią. Dlatego też uznajemy, że np. korzystanie z takich pojęć jak „wykluczeni z kultury” może się wiązać ze współtworzeniem – nawet jeśli nieintencjonalnym – pewnej rzeczywistości, w której istnieją ludzie „mający kulturę” i ci z niej „wykluczeni”. Są to kwestie ważkie politycznie, bo z opisu wykorzystującego kategorię wykluczenia wywodzi się następnie wniosek, że ci „mający kulturę” powinni otrzymać dofinansowanie, z pomocą którego dostarczą kulturę tym „wykluczonym”. To niby bardzo szczytne założenie, tylko że beneficjentami takiego systemu nie zawsze są ci „wykluczeni”. Paradoksalnie to bywa mechanizm wspierania elit. Natomiast antropolodzy definiują uczestnictwo w kulturze w innych kategoriach i za pomocą innych pojęć.

K.D.: Czyli jak?

S.S.: Antropolodzy od pewnego już czasu krytycznie podchodzą do samego pojęcia „kultura”. Od dawna dystansują się wobec podziału na kulturę wysoką i niską; z rezerwą podchodzą też dziś do kultury pojmowanej jako zamknięte i koherentne całości. Kultury zawsze miały skłonność do hybrydyzacji i zmiany.

K.D.: Zmiany? W potocznym rozumieniu kultura to coś niezmiennego: jesteśmy Polakami, bo mamy kulturę polską, która jest jedna i niezmienna. Czy mógłbyś tę kwestię rozwinąć?

S.S.: Tu pojawiają się ważne dzisiaj dla nas wszystkich kwestie związane z tradycją, która była pojmowana jako transmisja treści kulturowych, przy czym zakładało się, że pozostawały one niezmienione. Często za „prawdziwą tradycję” uznawano tradycję nieuświadomioną – taką, którą się odtwarza niejako bez zastanowienia. Takie ujęcia podkreślają „bierność” uczestnictwa w tradycji, w tym znaczeniu, że w takim ujęciu ludzie nie dokonują wyborów, lecz przejmują pewne zastane wzorce. Od czasu ważnych publikacji Erica Hobsbawma i Terence’a Rangera (Tradycja wynaleziona, 1983|2008) czy Pierre’a Nory jesteśmy zdecydowanie bardziej skłonni zwracać uwagę na aktywne czynniki w procesie tworzenia tradycji. Każda tradycja jest w jakimś stopniu wynaleziona. Podobnie podkreślał Tim Ingold, gdy pisał, że choć uczenie się polega na powtarzaniu, to zawsze wiąże się również z improwizowaniem. Zawsze mamy więc do czynienia ze zmianami, które nie zawsze, rzecz jasna, z łatwością dostrzegamy.

K.D.: A w jakim stopniu wynaleziona jest polska tradycja?

S.S.: Zacznijmy od tego, że Polska, która przed wojną była krajem wielokulturowym, po wojnie zarówno na skutek strat, jak i sytuacji politycznej, stała się krajem „wymuszonej jedności” – zwróciła na to uwagę Barbara Kirshenblatt-Gimblett. Dziś natomiast zaobserwować można próby odkrywania tych dawnych, utraconych tradycji i „kultur”. Pojawiają się też nowe wyzwania i zjawiska. Dlatego bardziej adekwatne wydaje się mówienie o dziedzictwie. Upraszczając: dziedzictwem można by nazwać tradycję uświadomioną – to, co świadomie uznajemy za warte pielęgnowania zarówno dla nas samych, jak i dla kolejnych pokoleń. Tu powraca też słowo „kultura”, w tym mianowicie znaczeniu – niegdyś w znacznym stopniu ignorowanym przez etnografów – że kultura wiąże się właśnie z własnym, osobistym wysiłkiem, tworzeniem „własnej ścieżki” do kultury: z wyborem. Z tej perspektywy właśnie wszyscy mamy kulturę i trudno nas z niej wykluczyć. Czym jest dziś dziedzictwo? Kiedy zaczynamy je praktykować sami, performatywnie w nim uczestnicząc, czy nie staje się ono również naszym dziedzictwem? Takie rozumienie inspirowane jest m.in. myśleniem Michela de Certeau czy Tony’ego Bennetta.

K.D.: I takie kwestie też można badać na Grochowie?

S.S.: W istocie we wszystkich „miejscach” badań prowadzonych w ramach projektu.

K.D.: A czy mógłbyś podać jakiś konkretny przykład z Grochowa?

S.S.: Proszę bardzo: spacerowanie. Fenomen spacerów miejskich daje się zaobserwować w wielu miastach. Na Grochowie spacery – nie licząc wyspecjalizowanych podmiotów – organizowane były m.in. przez: Stowarzyszenie Anski-ego, Kicia Kocia i Stowarzyszenie Proszę Bardzo. W spacerach tych uczestniczą ludzie w różnym wieku, również seniorzy. Przyciągają one zarówno osoby, które od dawna „tu” mieszkają – autochtonów grochowskich – jak i osoby osiadłe w tej części Warszawy niedawno, które z różnych przyczyn dopiero teraz znajdują czas, by bardziej świadomie powędrować po okolicy. W istocie takie spacery nie tylko wiążą się z nabywaniem wiedzy, lecz także z jej współtworzeniem – często zdarza się, że to uczestnicy dzielą się z pozostałymi osobami informacjami o dzielnicy. W ten sposób powstaje przestrzeń wymiany. Spacer miejski jest zatem nie tylko bardzo interesującym fenomenem społecznym i kulturowym (współ)wytwarzania wiedzy i „kultury”, dzielenia się, lecz także po prostu sposobem budowania więzi pomiędzy sąsiadami, którzy wcale niekoniecznie blisko siebie mieszkają… Wspomniałem wcześniej o wadze języka. Warto zwrócić uwagę na to, jak dziś tworzymy fenomen sąsiedztwa właśnie poprzez świadome korzystanie ze słów „sąsiad”, „sąsiedztwo”.

K.D.: Spacer? I co jeszcze?

S.S.: Warto wspomnieć np. o takich ciekawych inicjatywach jak Paca 40, klubokawiarniach Kicia Kocia czy Grochownia. To miejsca, które na różne sposoby tworzą przestrzeń dla innych inicjatyw – innych podmiotów. To metaforycznie „puste” przestrzenie, które można samemu zagospodarować… Instytucje tworzone są również oddolnie. Szczegóły omówione będą w case studies, które opublikujemy pod koniec roku.

Karolina J. Dudek
dr Karolina J. Dudek
Asystent Koordynatora projektu, badacz, webmaster
Absolwentka Szkoły Nauk Społecznych Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, zarządzania i stosunków międzynarodowych w Szkole Głównej Handlowej, etnologii na Uniwersytecie Warszawskim oraz studiów podyplomowych Instytutu Polonistyki Stosowanej UW. Publikowała m.in. w “Kulturze i Społeczeństwie“, “Kulturze i Edukacji”, “Kulturze – Historii – Globalizacji“ i kilku tomach zbiorowych. Realizowała projekty badawcze w IEiAK UW, IFiS PAN (grant NCN, Preludium) oraz IS UW. Zastępca redaktora naczelnego czasopisma „Stan Rzeczy”.
dr hab. Sławomir Sikora
Koordynator projektu, koordynator Modułu IV, badacz
adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW. Autor książek: Fotografia. Między dokumentem a symbolem (2004) i Film i paradoksy wizualności. Praktykowanie antropologii (2012). Publikował w „Kontekstach”, „Kwartalniku Filmowym”, „Kulturze Współczesnej”, „Ludzie”, „Czasie Kultury”, „Dialogu” i „Roczniku Historii Sztuki”. Zajmuje się m.in. antropologią filmu i fotografii, filmem etnograficznym, antropologią refleksyjną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × one =