Ja tu tylko patrzę

Pielgrzymi, obserwatorzy, gapie

Chasydzi na jorcajcie w Leżajsku. Na drugim i trzecim planie widać rozproszonych „obserwatorów” oraz patrol policji. Fot. Anna Greszta, 2015

Anna Greszta

„Ja tu tylko patrzę”. Pielgrzymi, obserwatorzy, gapie

Jest mroźny styczeń. Przy ośnieżonym rynku Lelowa stoją autokary, niektóre na zagranicznych, często ukraińskich rejestracjach. Puste pojazdy zdają się mówić: „Goście przybyli!”. Z oddali dobiega muzyka. Jeżeli ruszymy jej tropem, miniemy autokary i aptekę, to już za skrzyżowaniem z uliczką Kaczą dźwięki przybiorą na sile. Jeszcze kilkanaście kroków i oczom naszym ukaże się widok rzadko spotykany w Polsce: na niewielkiej ulicy Ogrodowej, świętują dziesiątki mężczyzn w charakterystycznych czarnych chałatach – młodzi i starzy. To chasydzi, którzy jak co roku przybyli do grobu cadyka Dawida Bidermana w rocznicę jego śmierci. Jest hucznie – z głośników leją się chasydzkie pieśni, które nałożono na skoczną muzykę rozrywkową, polskiemu odbiorcy przypominającą disco-polo. Chasydzkich pielgrzymów jest naprawdę dużo. Niektórzy się modlą, inni rozmawiają lub krzątają się w przygotowaniu do wieczornych obchodów jorcajtu, rocznicy śmierci cadyka. W tłumie świętujących nie widać kobiet – w trakcie kilkudniowej uroczystości udało mi się dostrzec tylko jedną.

Między pielgrzymami rozproszeni są ludzie z aparatami – kobiety i mężczyźni; młodzi i starsi. Niektórzy przechadzają się sami, inni trzymają się grupy znajomych. Są też tacy, którzy nie mają aparatów. Niektórzy z nich są tu przypadkiem, bo akurat przechodzili, inni planowali tę wycieczkę od dawna. Tego dnia ulica Ogrodowa tętni życiem. Jorcajt przyciąga nie tylko mieszkańców Lelowa, fotografów i ludzi zainteresowanych szeroko pojętą kulturą żydowską; przyjeżdżają także dziennikarze, w tym ekipy telewizyjne. Wszyscy oni przyglądają się chasydom. A ja przyglądam się im.


W Lelowie w latach 1746-1814 żył cadyk Dawid Biderman Lelower, założyciel lelowskiej dynastii chasydów. Żydzi stanowili wówczas, zależnie od okresu, od 20 do 40 procent mieszkańców miasteczka (Gawron 2006, s. 30, Zarubin 2006, s. 14). Historycy nie podają, jaki procent żydowskiej społeczności Lelowa uznawał Dawida Bidermana za duchowego przywódcę. W tym okresie chasydyzm miał nie tylko wiernych wyznawców, ale i zagorzałych przeciwników, zarówno ze strony ortodoksji, jak i haskali, czyli ruchu oświeceniowego wśród Żydów. Niemniej na przełomie XVII i XIX stulecia Lelów był jednym z ważnych ośrodków chasydyzmu w Polsce.

Lata okupacji niemieckiej w trakcie II wojny światowej przeżyli nieliczni żydowscy mieszkańcy Lelowa. Niemal wszyscy zginęli w obozie zagłady w Treblince w 1942 roku (Gawron 2006, s. 37). Ci, którym udało się przetrwać, wybrali emigrację i już nie wrócili do rodzinnych domów. Tym samym Lelów stał się jednym z wielu tysięcy miast, miasteczek i wsi polskich, z których w kilka lat zniknął znaczny procent mieszkańców. Oczywiście życie żydowskie w Rzeczpospolitej nigdy całkowicie nie zanikło. Dowodem na to może być na przykład powstały w 1979 roku ŻUL, czyli Żydowski Uniwersytet Latający[1] (Adamczyk-Garbowska i Ruta 2011, s. 720). Nie ulega jednak wątpliwości, że Zagłada oraz powojenna sytuacja w Polsce doprowadziły do zjawiska, które Ruth Ellen Gruber, amerykańska dziennikarka oraz znawczyni problematyki dziedzictwa żydowskiego w Europie Środkowowschodniej nazywa „białymi plamami”. „«Białe plamy» w spuściźnie historii Żydów oraz Zagłady są nie tylko skutkiem wojennej masakry. Są także dziełem umyślnej amnezji w powojennym życiu publicznym, świadomych działań politycznych bądź apatii i zaniedbań, albo też wynikają ze wszystkich wspomnianych czynników jednocześnie. Lata powojenne były zasadniczo czasem odbudowy i zapomnienia (Gruber 2004, s. 31).

Zagłada w wielu miastach i wsiach wytworzyła pustkę – symboliczną oraz dosłowną. Pustkę symboliczną określiłabym jako rodzaj odczuwania. Są to, często trudne do nazwania, nostalgia i poczucie straty, które są doświadczeniem części moich rozmówców. Dosłowną, ponieważ po żydowskich mieszkańcach pozostawały opuszczone konkretne rzeczy i miejsca – domy, ruchomości, ale też budynki i przestrzenie sakralne, jak synagoga czy cmentarz. Wszystkie te przestrzenie i dobra zostały w trakcie wojny lub po jej zakończeniu dość szybko zagospodarowane przez miejscową społeczność lub instytucje gminne, których funkcjonowanie stymulowała polityka państwowa.

Choć podobne procesy stały się udziałem wielu miejscowości w Polsce, sytuacja Lelowa jest wyjątkowa. Od kilkunastu lat w tę homogeniczną etnicznie i religijnie przestrzeń raz w roku wkraczają chasydzi. Pielgrzymi zwracają na siebie uwagę lelowian, fotografów, mediów oraz wielu innych osób, często mieszkańców miast oddalonych o setki kilometrów. Gromadzą się oni wokół świętujących chasydów, aby ich fotografować lub po prostu obserwować. W niniejszym artykule pragnę przedstawić motywacje moich rozmówców, którzy postanowili spędzić czas pod ohelem, nierzadko marznąc przez wiele godzin. Dlaczego przyjechali do Lelowa w czasie jorcajtu?

„Bo mieszkać dziesięć kilometrów, a żeby tego nie widzieć?”

Chasydzi, którzy od lat 90. co roku pojawiają się tłumnie w sennym na co dzień miasteczku, cały czas stanowią wydarzenie. Choć wielu mieszkańców przyzwyczaiło się już do widoku pielgrzymów – niektórzy nawet twierdzą, że cała sprawa niewiele ich obchodzi – wydarzenia przy ohelu ściągają wiele zaciekawionych spojrzeń. Podobnie jest w Leżajsku, gdzie uroczystości związane z rocznicą śmierci cadyka Elimelecha obchodzone są na większą skalę. Jak tłumaczy około czterdziestoletni mężczyzna z Nowej Sarzyny, który przyjechał na jorcajt w Leżajsku:

No że coś takiego jest. No bo mieszkać dziesięć kilometrów, a żeby tego nie widzieć? No przecież tutaj ich przyjeżdża [bardzo dużo – A.G.] praktycznie tutaj na ten grób cadyka. Nie?

Chasydzkie pielgrzymki, zarówno w Leżajsku, jak i w Lelowie, są więc swoistym zjawiskiem. W dalszej części rozmowy, mężczyzna zapytany o próby nawiązania kontaktu z chasydami, dzieli się swoimi podejrzeniami:

No przypuszczam, że ciężko by było pogadać… Aczkolwiek wiem, że oni są podstępni i wiedzą, co my mówimy, tylko się z tym nie ujawniają. […] Tak myślę. No może nie wszyscy, ale może być grono takich, że po prostu zna polski język, tylko po prostu go nie używa.

Oprócz stereotypowego wyobrażenia Żydów oraz uprzedzenia, w niniejszym fragmencie widoczne jest także doświadczenie podzielane przez wielu moich rozmówców, również tych z Lelowa. Duża ich część, mimo że spędziła pod ohelem wiele godzin, nie próbowała nawiązać rozmowy z pielgrzymami. Częstym wytłumaczeniem jest bariera językowa, niekiedy – brak woli ze strony chasydów. Przyglądanie się jest więc bezpiecznym sposobem na „oswajanie” żydowskich pielgrzymek. Patrząc, szczególnie przez obiektyw aparatu fotograficznego, można obserwować Obcego z wygodnego dystansu.

Pamięć i tożsamość

Pamięć jest na gruncie nauk humanistycznych i społecznych pojęciem rozbudowanym i w ostatnim czasie bardzo nośnym. Często definicje uzupełniane są przez rozmaite typologie; mamy więc na przykład pamięć indywidualną, zbiorową, społeczną, kulturową, które zawsze pozostają ze sobą w ścisłych relacjach. W niniejszej pracy interesuje mnie pamięć subiektywna (która zawsze uwikłana jest w różne konteksty) oraz jej procesualny charakter. W jaki sposób aktorzy społeczni, w tym przypadku osoby przyglądające się chasydom, wytwarzają pewien rodzaj pamięci? Jaka to jest pamięć i o czym? Jaki jest jej związek z tożsamością? Przyjmuję za Romanem Ingardenem, że tworzenie tożsamości potrzebuje pamięci. Jak zaznacza Katarzyna Kaniowska, autorka tekstu Antropologia i problem pamięci, Ingarden wpisuje problem osobowości i pamięci w dwie koncepcje czasu: według jednej z nich „Ja wplecione jest w nurt czasu i istnieje zawsze «pomiędzy», tj. pomiędzy przeszłością a przyszłością. Pamięć pełni funkcję integracyjną, bo wiąże ze sobą te dwa pola, integrując istnienie” (Kaniowska 2003, s. 61). „Pamięć jest dla nas źródłem wiedzy o nas samych, ale w tym sensie przede wszystkim, że kumuluje ona i utrwala nasze bycie, doświadczenie” (Kaniowska 2003, s. 61). Pamięć jest więc rozumiana jako proces, który tworzy tożsamość; nadając sens przeszłości, zapewnia poczucie ciągłości.

Na określenie zjawiska „podążania za” chasydami i odwiedzania obchodów jorcajtów w takich miejscowościach jak Lelów i Leżajsk używam sformułowania „podwójne pielgrzymowanie”. Termin ten oddaje, moim zdaniem, specyfikę podróży moich rozmówców. Jak pisze Ruth Ellen Gruber „Współczesną turystykę porównuje się do dawnych pielgrzymek. (…) Miejsca, które zwiedzają turyści, wyznaczają idee, wydarzenia, epoki, historia, której trzeba «dotknąć», rzeczywistość, której należy doświadczyć” (Gruber 2004, s. 147). Dla większości osób, które poznałam pod ohelem, wyprawa na jorcajt to rodzaj duchowej wędrówki, która nie jest jednak związana bezpośrednio z postacią cadyka. Wyruszają do Leżajska i Lelowa, aby zobaczyć chasydzkie pielgrzymki, stając się przez to „pielgrzymami drugiego rzędu”.

„Bo pochodzimy z Będzina”

Spędzając długie godziny na obserwacji obchodów jorcajtu, nie sposób nie zrobić sobie przerwy na pokrzepienie. Miejscem, które ściąga grono przyjezdnych, „pielgrzymów drugiego rzędu”, jest restauracja Lelowianka. To tam, podczas obiadu, spotkałam grupę starszych mężczyzn, których wcześniej widziałam pod ohelem. Niewiele myśląc, przysiadłam się, licząc na chwilę rozmowy. Jak się okazało, czterej mężczyźni przyjechali specjalnie na jorcajt z Będzina. Moimi rozmówcami było dwóch z nich – emerytowani nauczyciele w wieku około sześćdziesięciu lat.

– Panowie nie pierwszy raz tutaj przyjechaliście, prawda?
– No, haha, ja to tu od dosyć dawna, no… Odkąd Żydzi przyjeżdżają tutaj!

Rozmówca podkreślił, że przyjazd do Lelowa związany jest ściśle z pojawieniem się pielgrzymów. Dalsza rozmowa pokazała, że jego przygoda ze zorganizowanym podróżowaniem „z historią w tle” zaczęła się wcześniej:

No żeśmy wyjeżdżali. I wiadomo, historia… O pewnych rzeczach w szkole nie można było mówić. Nie można było mówić. Ale skoro mnie w pracy natchło, no to miałem jakieś tam przewodniki. Takie dobre, dobre przewodniki miałem. Bo zawsze takie mam. To tam pisało o pewnych rzeczach. To się dzieciom [uczniom – A.G.] opowiadało, nie? A oprócz tego, no wiadomo, czasy były takie różne. Żeby dzieciom zagospodarować niedzielę to dyrektor wysyłała na wycieczki młodzież. […] To młodzież tam prowadziłem dla niepoznaki.

W podanym fragmencie respondent nie ma na myśli jedynie miejsc związanych z dziedzictwem żydowskim. Szkolne wycieczki prowadził na przykład do zamku w Ogrodzieńcu[2]. Kluczowe jednak jest podkreślenie, że „o pewnych rzeczach nie można było mówić”. Mężczyźni przysłuchujący się naszej rozmowie zgodnie kiwali głowami, podkreślając, że to kolega zainteresował ich wspólnym podróżowaniem. Panowie tworzą zorganizowaną grupę i pojawiają się na wielu wydarzeniach kulturalnych. W naszej rozmowie uderzyło mnie jednak zainteresowanie rozmówców festiwalami związanymi z kulturą żydowską – wspominali o lelowskim Święcie Ciulimu-Czulentu, festiwalu w Szczekocinach[3], Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Postanowiłam więc zapytać:

– Czyli rozumiem, że interesujecie się, panowie, kulturą żydowską?
– Bo pochodzimy z Będzina i tam…
– Bardzo dużo przed wojną było [Żydów – A.G.], bardzo! Jest synagoga, Brama Cukermana.
[…]
– A jak to się stało, że pan się zainteresował taką tematyką?
– No, pochodzę z Będzina!
– Tak, tak. To było pół na pół [społeczność żydowska stanowiła połowę mieszkańców Będzina – A.G.] Połowa na połowę. Tu z Będzina. Połowa na połowę.

Respondenci zaczęli podkreślać, jak bardzo tematyka żydowska jest żywa w ich rodzinnym mieście: prężnie działająca Fundacja Brama Cukermana, zachowane dom modlitwy i cmentarz z macewami. Nie posługiwali się ogólnikami – potrafili na przykład podać imię i nazwisko osoby, która pracuje w Fundacji. Dla moich rozmówców sprawa jest prosta – interesują się kulturą żydowską ponieważ są z Będzina, miasta, w którym kiedyś żyli Żydzi. Pojawiającym się w ich wypowiedziach pojęciem w odniesieniu do przeszłości Będzina jest wielokulturowość, rozumiana przez nich jako istnienie obok siebie dwóch kultur: polskiej i żydowskiej.

– No byli… […] To chodziły Polki, Żydówki do jednej klasy. No. mieszkały, asymilowały się.
– Wielokulturowe było. Przetkane.
– Jeśli lat było, jak tam miała 12-13 lat, no to chodziła tam w piecu paliła. Tam dostawała za to jakiś tam pieniążek. No to… Poszła do piekarni kupiła chleb. A bida była w domu. Chleb przyniosła, nie?

Moja mama za młodu to bywała. No wiadomo, tu byli [Żydzi – A.G.]. Stąd pochodziła, no to szła na sobotę, niedzielę palić w piecu. Nie? I koleżankę Żydówkę miała. Sąsiadkę.

Z kolei na pytanie, dlaczego przyjeżdżają akurat do Lelowa, jeden z respondentów odpowiedział:

No lubimy takie klimaty! Spotkać się z ludźmi. Bezpośrednio.

Dla wielu „pielgrzymów drugiego rzędu” chasydzkie pielgrzymki umożliwiają bezpośredni kontakt. Dla rozmówców zainteresowanych żydowską historią Będzina, jorcajt jest wyjątkową okazją – Żydzi, stanowiący ważną część społeczności przed wojną, stają się obecni, realni. Taki rodzaj podróżowania jest więc swego rodzaju turystyką pamięci. Jeździmy tam, gdzie dzieje się dla nas coś ważnego; coś, o czym chcemy pamiętać. W Lelowie nabiera to mocniejszego znaczenia, bowiem celem „podwójnego pielgrzymowania” nie jest jedynie obejrzenie miejsca pamięci czy obiektów związanych z Żydami (takich jak tablica upamiętniającą żydowską społeczność w Lelowie, bożnica): przybywają, aby zobaczyć, jak miejsca te ożywają wraz z przybyciem chasydów.

„Bo to jest kawałek i naszej historii”

Gdy zapada zmierzch, rozpoczyna się najbardziej spektakularny, przyciągający najwięcej obserwatorów moment jorcajtu. Wszyscy pielgrzymi zbierają się w białym namiocie, wzniesionym specjalnie na tę okazję. Świętują: śpiewają, tańczą, piją alkohol. Obserwatorowi z zewnątrz przypomina to ekstatyczny trans. Przyglądam się im stojąc u progu, ponieważ kobiety nie mogą wchodzić do namiotu. Obok mnie stoi mężczyzna, fotograf z Częstochowy (lat 39), który cały dzień robił zdjęcia pielgrzymom. Rozpoczynamy rozmowę. Dowiaduję się, że rozmówca w Lelowie był już parokrotnie. W tym roku przyjechał po dłuższej przerwie zaciekawiony nowym, okazałym ohelem. (Wzniesiono go w ostatnich latach – wcześniej stał tam niewielki grobowiec wybudowany w momencie, gdy udało się doprowadzić do odzyskania miejsca pochówku Dawida Bidermana i rozebrania pomieszczeń gospodarczych Gminnej Spółdzielni, które się tam znajdowały od lat powojennych).

– A jak to się zaczęło, że pan tu trafił po raz pierwszy?
– Oni tak naprawdę zaczęli niezbyt dawno temu tutaj przyjeżdżać, bo około 15-20 lat temu i ja po kilku latach przyjechałem pierwszy raz. Chyba w drugim albo trzecim roku. Także można powiedzieć, że świeża sprawa. No bardzo mnie ciekawiło. To było ogólnie… Interesują mnie właśnie takie same tematy jak i panią, bo jednak to było tutaj około 30-40 procent społeczności tutaj Lelowa. W Częstochowie też było około 30 procent Żydów. Także… Zniknęli. I tutaj przyjeżdżają po prostu… Można powiedzieć, że pojedynczy… Pojedyncze osoby. Także, no… Temat jest… Ciekawy.

W przytoczonej wypowiedzi wybrzmiewa niewypowiedziane wprost poczucie pustki. W czasie II wojny światowej znaczna część lokalnej społeczności nagle zniknęła. Dla mojego rozmówcy ważne jest to, że w tę pustkę po dawnych mieszkańcach miejscowości wkraczają współcześni chasydzi, którzy jednocześnie stają się pociągającym tematem dla fotografów. W tym zainteresowaniu chodzi o coś więcej niż polowanie na „ciekawe ujęcie”:

Te wszystkie obrzędy, palenie tych świec. Te wszystkie rytuały z winem. To dzielenie posiłkami. To jest fajne. I to jest fotogeniczne bardzo. A dzisiaj to wszystko minęło, prawda?

Roland Barthes w Świetle obrazu pisze: „A ten lub to, co jest fotografowane, to cel, przedmiot odniesienia, mała ułuda (eidolon) emitowana przez przedmiot. Nazwałbym to najchętniej Spektrum Fotografii, ponieważ słowo to poprzez swój korzeń zachowało związek ze «spektaklem» i dodaje tutaj rzecz nieco straszną: powrót umarłego” (Barthes 2008, s. 21).
Przyjazdy Żydów na grób cadyka można potraktować – w kontekście fotografii – jako metaforyczne „powroty umarłych”. Uwieczniając ich obecność w Lelowie, zdjęcia zdają się w pewien sposób tworzyć wrażenie, że żydowska historia miasteczka wciąż jest żywa. „Poświadczając, że przedmiot był realny, zdjęcie każe […] wierzyć, że jest on żywy”(Barthes 2008, s. 141).

Podoba mi się. No dla mnie to jest… Teraz to może już nie, bo… jest dwóch kolegów, którzy są pierwszy raz. To ja pamiętam pierwszy raz to jest totalnie egzotyka. To jest coś zupełnie innego. Dopiero potem jak sobie człowiek zaczyna czytać na ten temat i zaczyna rozumieć niektóre rzeczy. Bo tu jest bardzo dużo dziwnych, dziwnych rzeczy. Których się nie rozumie i to potem już zaczyna być normalne. I te zachowania i te wszystkie ich obrzędy. Zaczyna to być normalne.

Przyjazdy do Lelowa oraz robienie zdjęć świętującym chasydom są więc także swego rodzaju rytuałem oswajania. To, co dziwne i niezrozumiałe, staje się „normalne”. Niewątpliwie dużą rolę w tym oswajaniu odrywa sam aparat fotograficzny. Jest on zarazem czymś, co dystansuje – możemy schować się za obiektywem i z tej perspektywy przyglądać się wydarzeniom i na przykład nie odczuwać potrzeby nawiązywania kontaktu z chasydami. Z drugiej zaś strony aparat jest swego rodzaju „akredytacją”. Legitymizuje naszą obecność na jorcajcie. Nie jesteśmy już zwykłymi gapiami.

– A czy wcześniej był pan już zainteresowany kulturą żydowską?
– To znaczy wcześniej, yyy, na tyle, na ile można się dowiedzieć. Na przykład w szkole, ja cały czas byłem okłamywany. No to jest jedna wielka lipa. Po prostu. Jeżeli chodzi o historię to… nie wiem, miałem 2 procent prawdy w szkole nauczane. Także, ha, do wszystkiego trzeba po prostu potem samemu dojść. No i temat Żydów, to jeszcze niedawno temat całkowitego tabu. Prawda?

W powyższym fragmencie pojawia się wątek szkolnej edukacji. Rozmówca nie mówi, co konkretnie ma na myśli, twierdząc, że w szkole nie uczono prawdy. Zapytany, czy wydarzyło się coś, co skłoniło go do wysnucia takich wniosków, odpowiedział: „Co się da, co się porozmawia z ludźmi, to człowiek wie”. Można więc podejrzewać, że mężczyzna odczuwa rodzaj dysonansu pomiędzy oficjalną wersją historii, której uczono go w szkole, a własnym doświadczeniem. Można to odnieść do zjawiska „białych plam”, opisywanego przez Ruth Ellen Gruber.

Pewnie, że warto [się tym interesować, robić zdjęcia – A.G.]. Pewnie, że warto! No… Bo to jest kawałek i naszej historii, prawda? Tak naprawdę, to nie wiadomo, kto ma przodków żydowskich… A kto niemieckich. W takiej sytuacji niestety jesteśmy. Bo z 70 procent ludzi naprawdę nie wie… Nie zna na przykład swoich prababć. Niektórzy nawet babć. Także… Także jest to ciekawe.

Zainteresowanie historią i kulturą Żydów oraz robienie zdjęć podczas jorcajtu jest dla rozmówcy sposobem na poszukiwanie prawdy historycznej, a to z kolei silnie wiąże się z pamięcią oraz tożsamością. Można stwierdzić, że tożsamość narodowa jest dla mężczyzny czymś niejednoznacznym i niepewnym, ze względu na złożoność ludzkich biografii. Rozmówca w swoich poszukiwaniach nie ogranicza się jedynie do Lelowa:

Za Żydami nawet zawędrowałem, bo będąc na wakacjach w Egipcie jeszcze puściłem się na dwa dni do Jerozolimy. Żeby jeszcze jakoś dopełnić ten materiał. No i tam dopełniłem i ścianę płaczu, o jakieś dzielnice tam żydowską, ortodoksyjną.

W projektach fotograficznych mojego rozmówcy Żydzi nie są jedynym tematem. Mężczyzna jest też zainteresowany chrześcijaństwem: wędrował z pielgrzymkami katolickimi oraz prawosławnymi. Są to więc poszukiwania na większą skalę, które wynikają z tego, że rozmówca określa siebie jako… ateistę.

No, ale mnie ogólnie jako osobę niewierzącą… Bardzo ciekawi mnie temat religii. Religii różnych jej odmian, że tak powiem.

„Bo nadal czuję się Żydem”

Podczas jorcajtu poznałam dwóch mężczyzn, którzy zwrócili moją uwagę tym, że mieli na głowie kipy, a w dłoniach aparaty. Po niedługiej wymianie zdań umówiliśmy się na spotkanie w niezawodnym miejscu – Lelowiance. Okazało się, że jeden z moich rozmówców jest profesjonalnym fotografem z Paryża. Drugi natomiast, także z Francji, ale od wielu lat mieszkający w Krakowie, przyjechał do Lelowa w charakterze jego asystenta. To o nim będzie ten rozdział.

Jest tak, że się urodziłem jako Żyd. Od urodzenia byliśmy… […] Nigdy nie byliśmy w społeczności żydowskiej. […] Nasza mama była strasznie zestresowana i miała wielki strach. Non-stop powtarzała takich słów, które miałem non-stop w głowie. To jest to, że nikt nie może wiedzieć, nikt nie może znać [że jesteśmy Żydami – A.G.], ale jeśli cokolwiek się dzieje jeszcze raz [rozmówca ma na myśli Zagładę – A.G.], to mamy gdzie uciekać. Ogólnie żyliśmy z tym strachem non-stop i nie rozumieliśmy do końca dlaczego[4].

Strach ocalonych był uczuciem, które często dziedziczyły kolejne pokolenia. Traktuje o tym książka Mikołaja Grynberga Oskarżam Auschwitz. Pomimo tego trudnego dziedzictwa, charakterystycznym dla drugiego i trzeciego pokolenia ocalałych Żydów jest chęć zgłębiania wiedzy na temat przeszłości, która staje się ważnym budulcem tożsamości. „Bo drugie pokolenie – dzieci ocalałych z Zagłady – nie ukrywa się: nie wymazuje, nie chce zapomnieć. Przeciwnie. Drugie pokolenie szuka wszystkich strzępów i nitek, którymi może powiązać historie swoich rodziców w pierwszym rzędzie, a potem swoje historie wiąże mocno z ich historiami” (Grynberg 2014, s. 8). Podobnie było w przypadku mojego rozmówcy, jednak to nie historia rodziców była bezpośrednim punktem odniesienia:

I mój dziadek, który tak dla mnie… prezentował tak całą tą religijność rodziny, czy ta kultura, albo tę tożsamość, umarł. I zacząłem się interesować jego życiem. No ale to jest jeszcze długo [śmiech – A.G.], chcesz naprawdę tego słuchać?!

Rozmówca zaczął analizować pamiętniki dziadka, poszukiwać fotografii i w ten sposób narodził się pomysł, żeby robić zdjęcia i napisać książkę o historii rodzinnej. Mężczyzna planował jechać do Maroka, aby odnaleźć swoich krewnych, dowiedzieć się czy i jak przeżyli Zagładę. Punktem zwrotnym okazała się pomoc udzielona kuzynowi, chasydzkiemu rabinowi, w organizacji przyjazdów pielgrzymów. Fotograf zaczął przyglądać się, a następnie brać udział w rytuałach.

I to był początek tego, że zaczynałem się zdecydować, żeby połączyć te prace, co chce robić o mojego dziadka do pewnej sposób wyjścia do religii, do kultury żydowskiej. I badać to. Jak to, jak to mógłbym przeżyć to, żyć to i jako fotograf z aparatem. I od roku ogólnie bardziej wyszedłem do tej szabat, do tych wszystkich święto. Kiedy mogę sfotografować, kiedy nie jest to zakazane, no to fotografuję.

„Kluczem jest «odkrycie». Dla Żydów, którzy często dorastali w przekonaniu, że w Europie Wschodniej po Zagładzie nie pozostało nic, jest to odkrycie namacalnego świadectwa własnego dziedzictwa, zarówno w sensie zbiorowym, jak i osobistym, zarazem też objawienie, że można tam pojechać i ślady te obejrzeć, dotknąć ich, sfotografować” (Gruber 2004, s. 148). Jest to więc poszukiwanie ciągłości. Poszukiwanie punktów stycznych w historii rodzinnej, jak i w całej kulturze żydowskiej.

Ale to, no, wiem, że to nie jest mój życie. Ale to jest ten mój cel, żeby spróbować badać co jest dla mnie być Żydem. Twierdzę, od kiedy mam osiemnaście lat, to chcę wiedzieć, czy to jest tylko religia. Na razie tak jestem w tym etapie. Ale podejrzewam, że nie. Bo nadal się czuję Żydem, a nie jestem religijny, nie chcę praktykować.

Badania nad żydowskością poprzez obserwację chasydzkich pielgrzymek jest według mnie poszukiwaniem ciągłości, która opiera się na przeszłości i pamięci. Temat ten porusza Erica Lehrer, kanadyjska antropolożka, w książce Jewish Poland Revisited. „Żydowskie wyprawy do Polski to ekspedycje w głąb tożsamości. Są sposobem na włączenie się do nurtu rodziny, społeczności i historii, z którymi jednostka utraciła więź” (Lehrer 2013, s. 101). Pamięć przeszłości staje się w ten sposób ważnym składnikiem tożsamości.

Warto jednak, tak jak w przypadku poprzedniego rozmówcy, skupić się także na samej czynności robienia zdjęć. Fotografię bowiem można potraktować jako nośnik pamięci. Fotografia to „mieszanina informacji i wyobraźni, prawdomówności i upiększania czy wręcz idealizacji, poddania się rzeczywistości i ataku na nią” (Golka 2009, s. 102). Ten fragment z książki Pamięć społeczna i jej implanty inspiruje do myślenia o akcie fotografowania w dwojaki sposób. Z jednej strony jest to proces, który obok obserwacji, pomaga nam się zbliżyć do pewnych zjawisk i zrozumieć je – w tym przypadku chasydzką kulturę, czy też własną żydowską tożsamość. Z drugiej zaś strony jest to proces ciągłego wyboru – przecież w obiektywie nie ma miejsca na całą rzeczywistość. Jest to podejmowanie decyzji: co mieści się w kadrze, a co zostanie poza nim; który moment uznamy za warty uwiecznienia i czemu akurat ten? Selektywny i subiektywny charakter robienia zdjęć podkreślała Susan Sontag:. „Zdjęcia dostarczają dowodów nie tylko na to, co jest na świecie, ale i na to, co fotograf widzi: nie tylko sam zapis, ale i przetworzoną własną ocenę świata” (Sontag 1986, s. 85-86).

Przedstawione przeze mnie postaci stanowią jedynie część moich rozmówców. Mam jednak nadzieję, że na tych przykładach udało mi się zobrazować, jak bardzo pamięciotwórczy potencjał ma spotkanie fotografa czy obserwatora z chasydzkimi pielgrzymami. Spotkanie to, a często (tak jak w przypadku cytowanych rozmówców) same przygotowania do niego, prowokują do przemyśleń – na temat historii, edukacji, oficjalnej polityki oraz własnej tożsamości. Jorcajt w Lelowie i Leżajsku jest momentem zderzenia wyobrażeń na temat żydowskiej przeszłości i żydowskości z realnością chasydzkich pielgrzymek. Warto jednak dodać, że pod ohelem spotkałam także ludzi, którzy przyszli tam w jednym celu – aby przyglądać się chasydom, jawiącym się jako egzotyczne zjawisko.

Przedstawieni tu rozmówcy przyjechali do Lelowa w pewnym, mniej lub bardziej konkretnym, celu: aby zobaczyć (tak jak panowie z Będzina), zrozumieć (fotograf z Częstochowy), odkryć dla siebie żydowskość (fotograf z Krakowa). Wszystkie te aktywności mają charakter procesualny. Jest to proces tworzenia narracji o przeszłości, która konstytuuje Ja, czyli tożsamość zarówno na poziomie narodowym czy lokalnym (jako mieszkańca Będzina, Polaka, Żyda, Francuza), jak i jednostkowym, związanym z uwikłaniem w konkretną pamięć biograficzną i rodzinną. Rozmówcy szukają więc w tym doświadczeniu, jakim jest uczestnictwo w jorcajcie, czegoś, co ma wymiar niezwykle osobisty – wiedzy o samych sobie.

Na zakończenie warto podkreślić, że to swoiste „podglądanie” chasydów jest na tyle silnym zjawiskiem, że podczas marcowej wizyty na jorcajcie w Leżajsku w tłumie pielgrzymów dostrzegłam wiele twarzy, które zapamiętałam ze styczniowych obchodów rocznicy śmierci cadyka w Lelowie. Zarówno wśród chasydów, jak i tych, którzy przyjechali za nimi.

 

Bibliografia

Adamczyk-Garbowska Monika i Magdalena Ruta, Od kultury żydowskiej do kultury o Żydach w: Następstwa Zagłady Żydów. Polska 1944-2010, red. Monika Adamczyk-Garbowska i Feliks Tych, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Żydowski Instytut Historyczny, Lublin 2011, s. 715-732.
Barthes Roland, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, tłum. Jacek Trznadel, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008.
Golka Marian, Pamięć społeczna i jej implanty, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR, Warszawa 2009.
Gruber Ruth Ellen, Odrodzenie kultury żydowskiej w Europie, tłum. Agnieszka Nowakowska, Pogranicze, Sejny 2004.
Grynberg Mikołaj, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
Kaniowska Katarzyna, Antropologia i problem pamięci, „Konteksty”, 2003, nr 3-4, s. 57-65.
Lehrer Erica, Jewish Poland Revisited. Heritage Tourism in Unquiet Places, Indiana University Press, Bloomington-Indianapolis 2013.
Sontag Susan, O fotografii, tłum. Sławomir Magala, WAiF, Warszawa 1986.


[1] „Koniec lat siedemdziesiątych to również okres działalności Żydowskiego Uniwersytetu Latającego, skupiającego niewielkie w ogólnopolskiej skali środowisko młodych Żydów i ich przyjaciół zainteresowanych pogłębieniem wiedzy na temat historii i kultury narodu żydowskiego. Wykłady i spotkania odbywają się w języku polskim” (Adamczyk-Garbowska, Ruta 2011, s. 720).
[2] Miasto w województwie śląskim. W Podzamczu, dwa kilometry na wschód od Ogrodzieńca, wznoszą się słynne ruiny największego z Orlich Gniazd. Jednym z ciekawszych zabytków jest tam „trwała ruina” zamku z XIV wieku.
[3] Dwudniowy Szczekociński Festiwal Kultury Żydowskiej „Yahad” odbywa się w lipcu; organizowany od roku 2008.
[4] Rozmówca mówi dobrą polszczyzną, choć zdarza mu się popełniać błędy językowe. Cytowane fragmenty zachowują oryginalne brzmienie wypowiedzi.

Autorka:

Anna Greszta
badaczka

Redakcja naukowa:

Redakcja językowa i korekta

Magdalena Czupryńska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 + sixteen =