Konstruowanie lokalnego dziedzictwa

Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej

Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej. Przejście z wystawy czasowej poświęconej II wojnie światowej do tzw. pokoiku żydowskiego. Na stoliku widać świecznik – jedyną pamiątkę po przedwojennej synagodze. Fot. Jacek Wajszczak, Lelów 2015

Aleksandra Domaradzka

Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej. Konstruowanie lokalnego dziedzictwa

Zimą Lelów ożywa na jorcajt, gdy grób cadyka Dawida Bidermana odwiedza kilkuset chasydzkich pielgrzymów. Modlą się, świętują i bawią pod nowo wybudowanym ohelem – w roku 2008 odzyskali teren cmentarza i budynek, w miejscu którego przed II wojną światową znajdowała się synagoga. Latem zaś wszyscy lelowianie czekają na Święto Ciulimu-Czulentu: Festiwal kultury polskiej i żydowskiej – Lelowskie spotkania kultur. Koncerty gwiazd i mniej znanych zespołów muzycznych, stragany uginające się pod ciężarem potraw regionalnych i pamiątek oraz wesołe miasteczko gromadzą kilka tysięcy ludzi. Przy tych dwóch okazjach informacje o niewielkiej wsi niedaleko Częstochowy pojawiają się w ogólnopolskich mediach. Zwykle życie Lelowa przypomina codzienność wielu podobnych mu polskich miejscowości z ich lokalnymi problemami – toczy się wokół rynku, szkoły, urzędu, domu kultury, biblioteki. W budynku biblioteki mieści się Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej, do której mało kto zagląda. W niej zamknięte są pamiątkowe przedmioty, o których znaczeniu mowa będzie poniżej.

Zakładam, że praktyki kulturowe są ciekawe niezależnie od swojej intensywności i skali występowania. Praktyki kulturowe związane z funkcjonowaniem Izby Tradycji Ziemi Lelowskiej są znacznie mniej spektakularne niż te towarzyszące masowemu letniemu festiwalowi, Świętu Ciulimu-Czulentu. Wyrażają pewne treści mniej dosadnie, ale zarówno w jednym, jak i drugim przypadku mają być to treści cementujące lokalną wspólnotę i budujące jej tożsamość. Za Ewą Klekot dostrzegam ich polityczność: praktyki kulturowe funkcjonujące jako narzędzia konstruowania dziedzictwa kulturowego, które legitymizuje istnienie danej wspólnoty, najczęściej wiążą się z relacjami władzy (Klekot 2014, s. 47).

Na przykładzie Izby Tradycji Ziemi Lelowskiej chciałabym przedstawić mechanizmy konstruowania lokalnego dziedzictwa – pokazać jak, kto, dla kogo i w jakim celu je tworzy. Większość rzeczy uznawanych za dziedzictwo kulturowe sama z siebie nie reprezentuje tego, co najbardziej wartościowe w przeszłości (tak tłumaczy termin „dziedzictwo” Laurajane Smith). Żołnierskie hełmy, które kiedyś służyły za miski dla psów, zakurzony portrecik Tadeusza Kościuszki niewiadomego pochodzenia i mały żydowski świecznik przypadkowo znaleziony na strychu, trafiając na ekspozycję w Izbie Tradycji Ziemi Lelowskiej, zyskały zupełnie nowe znaczenia. Rzeczy jako takie nie są jeszcze dziedzictwem – stają się nim dopiero w procesie patrymonializacji.

Zdaniem Ewy Klekot dziedzictwo jest narzędziem, które porządkuje dostępny materiał kulturowy w celu uwiarygodnienia tożsamości danej grupy przez osadzenie jej w elementach współczesnej rzeczywistości kulturowej uznawanych za przejawy przeszłości (Klekot 2014, s. 47). Idea wspólnoty zyskuje w ten sposób realność, na przykład pod postacią zabytku, będącego podzielanym przez wspólnotę symbolem. Zabytki, poza dawnością, powinny posiadać też pewne cechy estetyczne, takie jak monumentalizm i malowniczość. Dzięki temu przypisujemy im uniwersalną wartość i otaczamy je opieką. Ewa Klekot, powołując się na teorię usankcjonowanego dyskursu dziedzictwa Laurajane Smith, opisuje, w jaki sposób konserwacja zabytków wiąże się z regulacją ich kulturowych i społecznych znaczeń. Zagadnienia poruszane przez Ewę Klekot i Laurajane Smith w większości oparte są na przykładach dziedzictwa narodowego, zachodniego czy ogólnoświatowego, kreowanego przez organizacje międzynarodowe. W niniejszym artykule chciałabym zastanowić się, w jaki sposób opisywane przez nie mechanizmy działają na poziomie lokalnym[1].

Izba Tradycji na nielicznej grupie lelowian, którzy ją odwiedzili, sprawia wrażenie „zamrożonej”, a nawet „martwej”. Choć motywacje kierujące jej twórcami zdradzają chęć uczynienia z Izby Tradycji lokalnego dziedzictwa (w oficjalnych dokumentach jest ona zresztą przedstawiana jako instytucja chroniąca lokalne dziedzictwo), nie można powiedzieć, że znajdujące się w niej przedmioty stały się symbolami wspólnymi dla społeczności Lelowa. Być może są nimi tylko teoretycznie lub częściowo. Niezależnie od tego rozstrzygnięcia powoływanie do życia instytucji takiej jak Izba Tradycji jest jednym ze sposobów, w jaki ludzie przekazują sobie pamięć o minionym czasie – miejsce to ma być przejawem pamięci zbiorowej. Choć składają się na nie działania i pamiątki jednostek, to jednak wpisywane jest ono w oficjalną, zbiorową narrację o przeszłości Lelowa.

Wiedzę na temat Izby – historii jej powstania, sposobu gromadzenia eksponatów, a także różnych aspektów codziennego funkcjonowania czerpałam z rozmów z członkami Lelowskiego Towarzystwa Historyczno-Kulturalnego, jej aktualnymi i przyszłymi donatorami oraz przedstawicielami lokalnych instytucji: Biblioteki, Gminnego Ośrodka Kultury i Urzędu Gminy[2]. Skoncentrowałam się na perspektywie „konstruktorów” dziedzictwa, gdyż mieli oni więcej do powiedzenia na temat Izby niż potencjalni odwiedzający. Izba Tradycji często pojawiała się w ich wypowiedziach dotyczących historii Lelowa – tematu bliskiego im i ważnego.

Znaczącym, trudnym do pominięcia kontekstem analizy Izby Tradycji w Lelowie jest historia działań na rzecz upamiętniania przeszłości, przede wszystkim muzealnictwa w Polsce. Należy pamiętać o zmieniających się politycznych powodach powstawania tego typu instytucji na przestrzeni lat – od romantycznej gorączki i poszukiwania ludowych korzeni narodu polskiego, przez ideologię czasów PRL, aż do wspierającej lokalność, popartej odpowiednimi funduszami polityki Unii Europejskiej – i ich związkach z etnologią. Katarzyna Waszczyńska zwraca uwagę, że studia nad kulturą materialną były w polskich ośrodkach naukowych ważną częścią tej dyscypliny aż do lat osiemdziesiątych; poza Polską etnologia i muzealnictwo etnograficzne rozdzieliły się znacznie wcześniej, bo po II wojnie światowej (Waszczyńska 2013, s. 123). W tym samych czasie w Polsce rozpoczęło się zbieranie przedmiotów etnograficznych na niespotykaną wcześniej skalę, a zainteresowanie zbieraczy kulturą polskiej wsi rozszerzyło się o kulturę robotniczą (Waszczyńska 2013, s. 127).

Marian Pokropek pisze o rozpowszechnieniu się w latach powojennych nowego typu kolekcjonerstwa i powstawania związanych z nim instytucji nazywanych Izbami Regionalnymi, Izbami Pamięci itp. (Pokropek 1980, s. 8). Cechuje je społeczny charakter, angażowanie lokalnej społeczności w tworzenie kolekcji, a także duża różnorodność gromadzonych materiałów, mniej lub bardziej cennych. Izby regionalne mieściły się w lokalnych budynkach użyteczności publicznej. Waszczyńska wskazuje na ciągłość zasad ich funkcjonowania od czasów powstania do dnia dzisiejszego, czego przykładem pod wieloma względami może być Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej. Choć powstała w 2014 roku, ma wiele wspólnego z podobnymi instytucjami sprzed kilkudziesięciu lat.

Lelów zasługuje na Izbę Pamięci

Twórcy Izby odczuwali potrzebę jej powołania odkąd tylko zrzeszyli się w Lelowskie Towarzystwo Kulturalno-Historyczne. Przez wiele lat gromadzili pamiątki przeszłości – naczynia, narzędzia związane z pracą w gospodarstwie wiejskim, dokumenty, mapy, elementy garderoby – z nadzieją, że znajdzie się miejsce do ich zaprezentowania. Pytani o moment, w którym narodził się ten pomysł, odpowiadali, że było to dla nich oczywiste – powołanie izby było, obok organizacji uroczystości patriotycznych czy przygotowywania publikacji, jednym z głównych celów, które wyznaczyli sobie na pierwszych spotkaniach.

Oprócz tych działań, które sobie tam nakreśliliśmy, a więc pisanie notek, różnych innych działań na rzecz… Organizacja imprez patriotycznych, no również powiedzieliśmy sobie, że będziemy starać się o zorganizowanie Izby Pamięci, bo Lelów zasługuje na to, przez 400 lat był powiatem, no ma tą ciekawą przeszłość historyczną i zasługuje na Izbę Pamięci, żeby utrwalić w jakichś rzeczach, które służyły dawniej do codziennego życia, do pracy, żeby to zachować potomnym, bo te rzeczy zostały zastąpione innymi, nowymi, a żeby poznać życie przeszłości, no to niech się zachowa te wszystkie elementy, które służyły kiedyś do codziennego życia, to ta przeszłość odżywa bardziej tak praktycznie.

Jednak zanim Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej oficjalnie powstała pod skrzydłami gminnej biblioteki w 2014 roku, okazja do zgromadzenia i wystawienia przedmiotów, jak mówi jeden z rozmówców, „pokazujących historię”, nadarzyła się w roku 2006, podczas corocznego pobytu w Lelowie chasydów świętujących jorcajt. Nieopodal rynku, na terenie cmentarza żydowskiego stały jeszcze pawilony Gminnej Spółdzielni, o których przejęcie chasydzi zabiegali, by móc zbudować w ich miejsce grobowiec dla szczątków cadyka Dawida Bidermana, spoczywających pod zabudowaniami. Ówczesny wójt Lelowa, jak sam opowiada, wpadł wówczas na pomysł, aby w pustych pomieszczeniach zaaranżować wystawę pod tytułem Lelów dawniej, znaną też jako Izba Pamięci. Oto niektóre trudności, z którymi zmagały się osoby odpowiedzialne za organizację przedsięwzięcia:

Jak żeśmy zaczęli podłogę myć, to wszystko marzło. Na minusie ponad 20 stopni. Woda zamarzała w jednej chwili […]. Ściany były brzydkie, obskrobane, do niczego się nie nadawały, więc całość wykładaliśmy materiałem, a powierzchnia sklepu [Gminnej Spółdzielni – A.D.] była duża, płótno wieszaliśmy na listewkach, listewki trzeba było przybić do ścian. […] Bardzo dużo pracy i mało czasu.

Mroźna zima nie sprzyjała zagospodarowaniu pustostanu, warunki były surowe, ale pomysł udało się zrealizować. Przedsięwzięcie miało przede wszystkim służyć promocji Lelowa i pokazywać osobom zainteresowanym chasydzkimi pielgrzymkami lokalny kontekst tych przyjazdów. Ówczesny wójt tak mówi o swoich motywacjach:

Zapragnąłem, żeby na naszym terenie powstało kiedyś muzeum, nie? Izba Pamięci, niektórzy mówili „muzeum” na to, żeby móc cofnąć się o trzysta lat czy ileś i wszystko, co było słowiańskie i co się udałoby załatwić żydowskie, wszystko to scalić do jednego pomieszczenia. A była okazja, żeby mieć frekwencję i zapromować Lelów z racji tego, że zawsze chasydzi ściągają widownię, dziennikarzy, telewizję, była i Jedynka i jakaś regionalna, TVN, Czwórka, i każdy wchodził i łapał te klatki, miał ujęcie, na czym mi zależało. Nie każdego Żydzi wpuszczali do synagogi, a oni szukali tematów. To jest takie, według mnie, pojęcie promocji – czym więcej pani puści w eter, tym jest lepiej. To jest takie bardziej ściągające. Na zasadzie paradoksów, no – przy synagodze jest to muzeum. Można zobaczyć w nim drewniany pług, drewniane brony rolnicze czy zgrzebła, mówimy o stronie polskiej. A po stronie żydowskiej – menorę i żydowskie zdjęcia.

Koncept wójta na ekspozycję polegał na zaprezentowaniu obok siebie eksponatów reprezentujących polskość i żydowskość. Jednak relacja obu kultur i religii jest w Lelowie dużo bardziej złożona i ma wyraźnie palimpsestowy charakter: jedyne, co po wojnie zostało z cmentarza żydowskiego, to kości w ziemi; w PRL powstał na nich spółdzielczy sklep; na przełomie lat 80. i 90. na zapleczu sklepowym odkryto grób cadyka; sklep przestał działać i na chwilę zamienił się w przestrzeń wystawy lelowskich pamiątek; wreszcie został zburzony, aby ustąpić miejsca nowemu ohelowi i pustce po nagrobkach na cmentarzu. Miejsce to mówi nam wiele o polsko-żydowskiej historii Lelowa; pokazuje, jak wielka polityka kształtowała przestrzeń małego miasta – od II wojny światowej, która dramatycznie zmieniła lelowską rzeczywistość społeczną i kulturalną, przez czasy PRL, kiedy to działania lokalne były ściśle uzależnione od oficjalnej polityki historycznej państwa, aż do współczesności, która stworzyła warunki do powstania wystawy Lelów dawniej. Zmaterializowaną na niej „dawność” przedwojennego sztetla ówczesny wójt rozumie następująco:

Puściłem fantazję, że chciałbym to wszystko w jednym miejscu, co było przed wojną, a uchowało się do teraz. I co ktoś ma przedwojenne, historyczne, to mu nie zginie.

Tylko jak taką fantazję o dawnym lelowskim mikrokosmosie zrealizować? Wójt zaczął od tego, że sam przekazał na potrzeby ekspozycji „starosłowiańską” skrzynię i wielkie koryto do uboju świni. W realizacji projektu pomagali także członkowie Lelowskiego Towarzystwa Historyczno-Kulturalnego.

To była taka akcja na szybko, co wtedy przyjechali właśnie ci chasydzi. Członkowie Towarzystwa i ich znajomi, pracownicy urzędu, poprzynosili, co mieli. Myśmy [członkowie Lelowskiego Towarzystwa Historyczno-Kulturalnego – A.D.] szereg tam działań podejmowali, pytali, ale nie było odzewu mocnego. […] Teraz sporadycznie ktoś coś przyniesie [do Izby Tradycji działającej obecnie – A.D.].

Wystawa Lelów dawniej działała przez „tydzień albo dwa” – niejako towarzyszyła pielgrzymce chasydów. Po jej zamknięciu zgromadzone przedmioty trafiły do podziemi Gminnego Ośrodka Kultury, gdzie odbywały się spotkania członków Lelowskiego Towarzystwa Kulturalno-Historycznego i kilka lat, w zimnie i wilgoci, czekały na odpowiednie wyeksponowanie. Dzisiejsza Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej powstała w 2014 roku w ramach struktur administracyjnych gminnej biblioteki. W obecnej formie działa więc krótko, ale jej istnienie jest wynikiem długiego i ciekawego procesu konstruowania dziedzictwa.

W izbach regionalnych widać różnorodność prezentowanego w nich materiału, na co zwraca uwagę Marian Pokropek w Przewodniku po izbach regionalnych w Polsce (Pokropek 1980, s. 9). W Lelowie narzędzia rolnicze, sprzęty kuchenne, obrazy, mapy, kilka przedmiotów związanych z rzemiosłem, strój ludowy oraz fragmenty macewy, świecznik, współczesne fotografie przedstawiające chasydów i wiele innych drobnych rzeczy należą do wystawy stałej. Czasowo w Izbie eksponowane były zabytki archeologiczne, stare monety, militaria i fotografie dawnego Lelowa.

Ja się akuratnie zajmuję militariami, […] [ale inni donatorzy – A.D.] zaczęli i przynosić różne takie rzeczy stare, z domu tam. No mam na myśli o, coś takiego jak kołowrotek, masielnica, na przykład, no, pług, taki stary, drewniany. No coś z takich gospodarstwa domowego dawnego. No i gromadziło się to, gromadziło.

To, co uderza w tej wypowiedzi jednego z członków Towarzystwa, to wrażenie częściowej samorodności powiększających się zbiorów – tego, że eksponaty same się gromadzą. Wybrzmiewa ono również w wypowiedziach innych moich rozmówców. Jeden z nich dłuższą chwilę zastanawiał się, co odpowiedzieć na pytanie, skąd wzięły się przedmioty eksponowane w Izbie Tradycji, aż w końcu wyjaśnił:

Myślę teraz, na pewno było tak, że ktoś dał nam cynk i jechaliśmy po to, albo sam przywiózł, bo te eksponaty musiały się tam jakoś znaleźć.

Niektórzy członkowie Towarzystwa nie zwracali więc uwagi na stopniowe powiększanie się zbioru przedmiotów przechowywanych w miejscu ich spotkań – stanowił jego niezmienną scenografię, musieli być do niego przyzwyczajeni. Zbiór ten wydawał im się do pewnego stopnia samoistny, jak skład niepotrzebnych rzeczy, których nie wiadomo skąd ciągle przybywa, na strychu czy właśnie w piwnicy.

I zbieraliśmy takie rzeczy głównie z obejścia gospodarskiego: jakiś obraz maryjny się trafił, jakaś walizka stara… Nie powiem, że to było bez ładu i składu, ale co kto miał i wiedział, że może nam dać, to przekazywał. W pewnym momencie, jak siedzieliśmy na naszych spotkaniach w lokum w piwnicy GOK-u, to ponad połowę miejsca zajmowały już te eksponaty, trochę to zamieniało się powoli w tę rupieciarnię. Ale dobrą stroną było to, że był zaczyn tej Izby. […] Początkowo, dopóki to się nie zapełniło, to pobraliśmy chyba więcej rzeczy niż trzeba […]. Chodziło o ratowanie przed wyrzuceniem, zniszczeniem, nie było tak, że ktoś mówił „oddam wam tę łopatę do wsuwania chleba, tylko czym ja teraz będę go robił?”, to były rzeczy, które leżały na tych strychach – niestrychach, ich wartość była jako śladu tej ludowej kultury materialnej.

Warunki, które musiały spełnić przedmioty, by móc stać się eksponatami, na początku nie były ściśle określone. Nie były to rzeczy specjalnie poszukiwane, ale te, które się „trafiały”: już nieużywane, kojarzące się z ludowością i dawnością, pochodzące z Lelowa lub okolic. Efektem braku zdefiniowanych norm klasyfikacji eksponatów do zbiorów były sytuacje, w których eksperci, członkowie Lelowskiego Towarzystwa Historyczno-Kulturalnego, musieli wykazać się umiejętnościami dyplomatycznymi i odmówić przyjęcia oferowanych przedmiotów. Kilka razy zdarzało się, że darczyńcy chcieli wzbogacać zbiory Towarzystwa rzeczami zupełnie zepsutymi, zużytymi czy „niedostatecznie starymi”. Jak opowiadał mi jeden z członków Towarzystwa, gdy kiedyś ktoś zaoferował swoje stare grabie, usłyszał, że musi jeszcze trochę poczekać, aby stały się one atrakcyjne. Jednak wśród osób związanych z Towarzystwem spotkałam też osoby, które uważają, że należy gromadzić pamiątki „na zapas” – przyjmować przedmioty, co do których możemy domniemywać, że okażą się ciekawe, bo wkrótce wyjdą z użytku[3].

Fragment tzw. etnograficznej części ekspozycji Izby Tradycji Ziemi Lelowskiej, znajdujący się w głównym pomieszczeniu. Fot. Jacek Wajszczak, Lelów 2015

Fragment tzw. etnograficznej części ekspozycji Izby Tradycji Ziemi Lelowskiej, znajdujący się w głównym pomieszczeniu. Fot. Jacek Wajszczak, 2015

Efektem braku szczegółowych norm dotyczących przyjmowania przedmiotów do zbiorów jest również wielość opinii na temat wartości poszczególnych eksponatów. Zapytany o najcenniejszy element kolekcji jeden z darczyńców wskazał przedmiot najstarszy, czyli belkę z jednego z ostatnich drewnianych lelowskich domów. Dla innego był to eksponat najbardziej wzruszający – żydowski lichtarzyk, który jest jedynym pozostałym w Lelowie przedmiotem z przedwojennej synagogi. Kolejny, zawodowo związany z rolnictwem i rozwojem wsi, wymienił natomiast całą grupę przedmiotów związanych przede wszystkim z jego zainteresowaniami:

No te narzędzia rolnicze w zasadzie ja sobie najwyżej cenię, jak również tą kuchnię, te stroje też, ale narzędzia pracy roli to jest dla mnie no największy… tu po prostu mnie, zwłaszcza, że jak mówię, ja studiowałem, też to mnie to nastraja pozytywnie do tych działań. Na moich oczach ta praca na roli się szybko zmieniła, przecież tą kosą ja ileś hektarów skosiłem w życiu i kosiłem trawę, i kosiłem zboże, potem te wszystkie ręcznie robiłem i nagle stało się tak, że te narzędzia są nieużywane, niepotrzebne i nikt już nie umie. Mało kto umie dzisiaj na przykład poklepać kosę taką czy w ogóle kosić nią. Coraz mniej osób, te moje chłopaki [synowie rozmówcy – A.D.] to już nie bardzo tą kosą by mogli kosić nią właściwie, ale to nie jest takie koszenie, jak to przedtem kosiarze szli i każdy ileś tam dziennie skosił.

Wspólne jest natomiast przewijające się przez wypowiedzi moich rozmówców przekonanie o konieczności doceniania tego, co uniknęło zniszczenia w wyniku wojen i pożarów.

Wiecie, drogie panie, Lelów ma bogatą przeszłość tylko śladów tej przeszłości za bardzo nie widać. To wszystko zostało poniszczone, popalone. To może jest taka historia bliższa, mniejsza, ale też pokazująca, że świat się zmienia a my chcemy te pewne rzeczy, które mają wartość nawet emocjonalną czy sentymentalną, że to tutaj ci rolnicy tym robili, chcemy to jakoś zachować.

Podobne słowa padają w wypowiedzi prezesa Towarzystwa:

Jestem zadowolony z tego, że ta Izba jest. Znając jej historię i wszystkie słabości, czy niektóre słabości, jest o czym rozmawiać. Jak oprowadzam po Lelowie, to nieustannie mówię o tym, co tutaj było, opowieść o miejscach, których już nie ma. Był zamek, ale go nie ma; był klasztor ojców franciszkanów, ale go nie ma; było wspaniałe miasto średniowieczne, ale go nie ma; były mury średniowieczne, ale ich nie ma. To cała opowieść, że kiedyś było tu coś wielkiego, a teraz nie ma. No to jest, Izbę Tradycji mamy.

Zarysowuje się kontrast pomiędzy wielką historią, której ślady zostały, często celowo, zniszczone, trwale usunięte z publicznej przestrzeni, a malutką Izbą, w której ślady przeszłości, pochodzące z prywatnych domów i gospodarstw, „same się zgromadziły”. Wobec utracenia dziedzictwa królewskiego miasta należy cieszyć się z dziedzictwa z odzysku, na które złożyły się przedmioty wyciągnięte z piwnic i strychów, z „historii bliższej”.

Edukacja, turystyka, komercja?

Ważnym kryterium, które decyduje o wartości eksponatów zgromadzonych w Izbie Tradycji, jest ich potencjał dydaktyczny. Jeden z moich rozmówców przypisał go przede wszystkim dioramie – jedynemu eksponatowi, który nie został Izbie ofiarowany, ale kupiony. Pod wieloma względami jest zaprzeczeniem reszty ekspozycji. Zakup dzieła wykonanego przez krakowskiego artystę Romana Woźniaka był możliwy dzięki wsparciu funduszu Unii Europejskiej na rzecz rozwoju obszarów wiejskich, tego samego zresztą, dzięki któremu powstała sama Izba. Diorama to duża, obrotowa szopka przedstawiająca sceny ze świąt żydowskich. Prezentacji jej kolejnych segmentów poświęconych różnym świętom towarzyszy muzyka klezmerska i głos lektorki opowiadającej o zwyczajach związanych z danym świętem i o jego genezie.

Na pytanie, po co wystawiać w Izbie Tradycji zebrane przedmioty, większość rozmówców odpowiadała, że reprezentują one przeszłość czy „pokazują historię”. Przeszłość i historię najczęściej wartościowali pozytywnie, jako wartości same w sobie. Członkini Towarzystwa wyjaśniła mi:

Potrzebne […], żeby między innymi młodsze pokolenie zobaczyło, jak się żyło przedtem, bo przecież wszystko działo się na naszych oczach, te przemiany, a szczególnie w gospodarstwach domowych bardzo dużo zmian.

W podobnym duchu wypowiadał się poprzedni prezes Towarzystwa:

To znaczy założenie było po pierwsze, żeby zachować rzeczy, które były ważne kiedyś i żeby pokazywać to potomnym tutaj.

Takie motywacje wskazuje Marian Pokropek jako charakterystyczne dla tworzenia izb regionalnych. Autor ten zwraca również uwagę na ich wychowawczo-dydaktyczne zadanie (Pokropek 1980, s. 8). Wykonanie tego zadania w latach osiemdziesiątych, w których powstała publikacja, z pewnością rządziło się innymi prawami niż dzisiaj: inna była sytuacja polityczna, inne możliwości i mody wystawiennicze. Szczególną grupę odbiorców Izby mają stanowić dzieci i młodzież, które, niezależnie od tego czy mieszkają na wsi czy w mieście, nie rozpoznają dawnych narzędzi rolniczych. Starsi członkowie Towarzystwa, czyli jego znacząca większość, zdają się traktować ekspozycję Izby jako komunikat dotyczący, jak deklarują, ważnych dla nich spraw, który chcą wysłać w przyszłość, do młodych.

Choć dyrektorka biblioteki mówi, że Izba powstała dla wszystkich – młodych, starych, przyjezdnych, mieszkańców Lelowa – wystawa w obecnym kształcie jest skierowana raczej do lokalnej społeczności. Jeden z członków Towarzystwa pytał mnie retorycznie: „Ilu turystów tu trafi, żeby zobaczyć, właściwie co? Co wyróżnia Lelów? Ohel, synagoga, to ludzie pójdą zobaczyć turystycznie. Muzeum chasydyzmu ściągałoby ludzi”. Krokiem w stronę zachęcenia do odwiedzin Izby osób spoza Lelowa był właśnie zakup dioramy – reklamowanej chwytliwie na ulotkach jako „druga w Polsce diorama o tematyce żydowskiej”.

Cele komercyjne nie od razu przekładają się na sprawy promocyjne i wizerunkowe. Przypomnę, że pomysłodawcą wystawy Lelów dawniej, która była podstawą dla utworzenia Izby Tradycji, był ówczesny wójt, za którego kadencji rozwinęło się też Święto Ciulimu-Czulentu, co roku gromadzące kilka tysięcy uczestników, w tym wielu spoza Lelowa. Mieszkańcy miejscowości uważają, że jest ono promocyjnym strzałem w dziesiątkę, z drobnymi zastrzeżeniami:

– Mąż jeździ, jest święto ziemniaka, święto cebuli, święto piwa, to dlaczego nie ma by być święta ciulimu. To o to chodzi.
– To jeszcze wójt dodał, że czulentu i też…
– No, on dodał właśnie czulentu, bo o czulencie my nie myśleli, tylko właśnie o tym, żeby Lelów rozpropagować, a nie o tym, żeby Żydów propagować. W ten sposób.

Elementami ekspozycji, które mają ją promować i „sprzedawać” są w przekonaniu jej konstruktorów przede wszystkim rzeczy związane z tematyką żydowską.

We wniosku chyba też od razu była mowa o sali żydowskiej, mogło to być ujęte bardziej ogólnie, z tym, że to się chyba dobrze sprzedaje, że chcemy upamiętniać lelowskich Żydów, których już nie ma. Było, nie było – powstało. Niewielka, bo niewielka ta sala. Teraz jeszcze diorama ją zajmuje.

Pamięć o Żydach i pielgrzymki chasydów są zasobem Lelowa. Dlatego warto było zainwestować w dioramę, dlatego warto było wpisać do wniosku o grant na Izbę przestrzeń poświęconą lelowskim Żydom – takie są oficjalne założenia. Zgodnie z teorią kolekcji Krzysztofa Pomiana organizacja kolekcji odpowiada wyobrażeniu o porządku rzeczywistości. Wystawa Izby Tradycji Ziemi Lelowskiej wymownie dzieli się na dwie części – etnograficzną i żydowską. Mieszkańcy Lelowa, jak rozmówczyni, która wolałaby, żeby letni festiwal „rozpropagował Lelów, a nie Żydów”, zastanawiają się, dlaczego w Lelowie tak dużo mówi się o Żydach? Dlaczego za dodatkowe pieniądze zakupiono dioramę, a nie inny eksponat? Osoby bardzo świadome polsko-żydowskiej historii Lelowa podczas uroczystości takich jak Święto Ciulimu-Czulentu, ale też odsłonięcie dioramy, starają się to wyjaśniać. Odwołują się przy tym do dwóch rodzajów motywacji – moralnej i pragmatycznej. Jeden z członków Towarzystwa mówił o moralnym obowiązku pamiętania o połowie mieszkańców Lelowa i ich Zagładzie, a zaraz potem dodawał, że siłą rzeczy Lelów jest znany z pielgrzymek chasydów, kojarzy się z tematyką żydowską i należy z tego żydowskiego dziedzictwa korzystać. Podejmowane w miejscowości inicjatywy mają więc służyć realizacji dwóch zależnych od siebie celów: upamiętnieniu zamordowanych współmieszkańców i budowaniu atrakcyjnego dla turystów wizerunku miasteczka.


Jak wspominałam, większość eksponatów to dary od mieszkańców Lelowa dla mieszkańców Lelowa, czyli też dla samych siebie. Wartość takich darów nie sprowadza się tylko do wymiaru materialnego. „Dar jest potężnym narzędziem w stosunkach społecznych między muzeum a publicznością” (Lewandowska i Newman 2009, s. 25), zbliża muzeum do odwiedzających, buduje między nimi relację w oparciu o zaangażowanie we współtworzenie kultury. Artysta Krzysztof Żwirblis w ramach działań Muzeum Społecznego, organizuje tematyczne wystawy, na których każdy może zaprezentować, co chce. „Co z tego wynikało? To, co dzieje się potem między ludźmi”, mówił[4]. Obecny prezes Towarzystwa też chciałby uzyskać taki efekt. Uważa on, że Izba powinna prezentować coś, co może być pretekstem do spotkania i rozmowy. Takie skracające dystans podejście między instytucją a odbiorcami wydaje się tym bardziej potrzebne, gdy mamy do czynienia z miejscem zakorzenionym w lokalności, które ma wystawiać lelowskość. Przedmioty mają pochodzić z Lelowa, a więc od lelowian – widzowie mają być jednocześnie twórcami ekspozycji, co ustanawia całkiem nowe reguły jej odbioru. Jedna z moich rozmówczyń, która oddała do Izby tradycyjny strój kobiecy po swojej mamie, widząc ubranego w niego manekina, miewa dreszcze. „Wydaje mi się, że to mama stoi”.

Zatarcie granicy między publicznym a prywatnym statusem eksponatów-darów może wzbudzać emocje i kreować ciekawe sytuacje. Waszczyńska, proponując sposoby, na które antropolodzy mogą zaangażować się w pracę ze zbiorami muzealnymi, pisze o konieczności wyjścia poza kontekst inwentaryzacyjny. Wskazuje wiele innych kontekstów, w których można rozpatrywać rzeczy, takich jak konstruowanie tożsamości jednostki i grupy, praktyki i działania nadające przedmiotom znaczenie, proces utowarowienia, wyczulenie na biografię przedmiotu (Waszczyńska 2013, s. 154-155). W przywoływanych przez mnie opowieściach moich rozmówców o Izbie pojawia się wiele tego rodzaju refleksji antropologicznych, jednak nie są one do końca uświadomione i wyartykułowane, przez co nie w pełni wykorzystywane na wystawie.

 

Bibliografia

Klekot Ewa, Polityczny wymiar dziedzictwa kultury, w: Kultura w stosunkach międzynarodowych. Tom 2, red. Grażyna Michałowska, Justyna Nakonieczna, Hanna Schreiber, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2014, s. 46-62.
Kurczewska Joanna, Robocze ideologie lokalności. Stare i nowe schematy, w: Oblicza lokalności: tradycja i nowoczesność, red. Joanna Kurczewska, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2006, s. 88-129.
Lewandowska Marysia, Czułe Muzeum, rozm. przepr. Michael Newman, przeł. Krzysztof Kościuczuk, „Archiwum”, 2009, nr 2, s. 24-29.
Pokropek Marian, Wstęp w: Przewodnik po izbach regionalnych w Polsce, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1980, s. 3-17.
Pomian Krzysztof, Zbieracze i osobliwości: Paryż – Wenecja XVI-XVIII wiek, tłum. Andrzej Pieńkos, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2001.
Smith Laurajane, Uses of Heritage, Routledge, Londyn – Nowy Jork 2006.
Waszczyńska Katarzyna, Zbiory, kolekcje, muzea regionalne. Etnolog/antropolog a warsztat muzealnika, w: Antropologia stosowana, red. Maciej Ząbek, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW i Międzynarodowe Centrum Dialogu Międzykulturowego i Międzyreligijnego UKSW, Warszawa 2013, s. 121-160.

Netografia

www.jura-ppj.pl
www.lelow.pl


[1] Do rozumienia lokalności w kategoriach małego układu terytorialnego odsyła sama nazwa instytucji, której się przyglądam – Izba Tradycji Ziemi Lelowskiej, a także formalne ramy jej funkcjonowania. Powstanie Izby zostało sfinansowane z funduszu Lokalnej Grupy Działania Stowarzyszenia Partnerstwa Północnej Jury, które zajmuje się wspieraniem rozwoju obszarów wiejskich przy pomocy funduszy Unii Europejskiej. Lokalność jest kategorią często pojawiającą się w dokumentach politycznych, na przykład tworzonych przez instytucje Unii Europejskiej oraz instytucje polskie. Można w nich znaleźć zalecenia i wymogi względem lokalnych społeczności, które mają dowartościować lokalność po to, by pokazać rolę mniejszych jednostek terytorialnych w budowaniu struktur polityczno-gospodarczych państwa europejskiego (Kurczewska 2006, s. 99). Lokalizm mniejszych jednostek terytorialnych jest kontrastowany z centralizmem państwa. Moi rozmówcy, mówiąc o wartości zbiorów Izby Tradycji, zestawiali je z „wartością ogólnonarodową, która musi znaleźć swoje godne miejsce w muzeum dużym”. Jedną z omawianych przez Kurczewską ideologii lokalności jest „mała ojczyzna”. Terminem tym posługiwała się także część moich rozmówców, która swoją działalność określała jako „pracę na rzecz tej małej ojczyzny”. Używając kategorii „małej ojczyzny” można łączyć ze sobą refleksje dotyczące skali mikro i makro, stosunek do najbliższego otoczenia społecznego i materialnego można rozpatrywać w kontekście stosunku do „ojczyzny wszystkich Polaków” (Kurczewska 2006, s.112). Koncepcja „małych ojczyzn” jest przywoływana zarówno w sferze kultury, jak i gospodarki, w związki z czym jest użyteczna w badaniu związków między nimi (Kurczewska 2006, s.112).
[2] Osoby te często są lub kiedyś były pracownikami Urzędu Gminy, radnymi czy nauczycielami. Przeważali wśród nich mężczyźni.
[3] Co ciekawe, w opinii jednego z członków Towarzystwa do Izby Tradycji powinien trafić drewniany pomnik Króla Kazimierza, który stoi na lelowskim rynku, a w jego miejscu powinien zostać postawiony pomnik trwalszy. Rozmówca argumentuje, że ten jest już brzydki i zniszczony, poza tym wygląda przecież na stary, więc Izba Tradycji to dla niego idealne miejsce. Pokazuje to, że mimo przeniesienia Izby do biblioteki rozmówca dalej postrzega ją jako przechowalnię rzeczy zniszczonych i niepotrzebnych, jakby wraz z przenosinami i uroczystym otwarciem jej status niewiele się zmienił.
[4] Jest to fragment wypowiedzi Krzysztofa Żwirblisa ze spotkania promującego książkę From Museum Critique to Critical Museum, które odbyło się 9.09.2015 r. w Muzeum Polin w Warszawie.

Autorka:

Redakcja naukowa:

Redakcja językowa i korekta

Magdalena Czupryńska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eighteen − fourteen =