Scenka powstańcza taka będzie

Rekonstrukcja bitwy pod Mełchowem

Mieszkańcy Mełchowa, Lelowa i okolic patrzą na rekonstrukcję bitwy powstania styczniowego 1863 roku. Fot. Jacek Wajszczak, Mełchów 2015

Jacek Wajszczak

„Scenka powstańcza taka będzie”. Rekonstrukcja bitwy pod Mełchowem

Wrzesień, chłodny i pochmurny dzień. Wieś Mełchów, położona w województwie śląskim, w gminie Lelów, około 50 kilometrów na południowy wschód od Częstochowy. W rytm werbla idzie procesja: na przedzie orkiestra złożona z dziewcząt i chłopców grających podniosłą melodię; za nimi, pod białym krzyżem na czarnym sztandarze, kroczą zbrojni w ciemnych mundurach; dalej strażacy z chorągwiami i ksiądz prowadzący za sobą młodzież i starszych cywilów. Uderzeniom wojskowych obcasów wtóruje szuranie trzewików i tenisówek. Porządkowi wymykają się jedynie dzieci, niczym komety biegające wokół pochodu, który tymczasem wychodzi za wieś i kieruje się w kierunku pobliskiej mogiły i krzyża. Jestem na uroczystościach związanych ze 152 rocznicą bitwy pod Mełchowem. Przed chwilą zakończono nabożeństwo w tutejszej kaplicy, a za moment, po „apelu pamięci” i przemowach przy mogile rozpocznie się inscenizacja bitwy. Wydarzenie organizowane jest od kilkunastu lat i, jak mówią jego inicjatorzy, z roku na rok cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Co sprawia, że mieszkańcy okolicznych wsi i gmin tu przyjeżdżają i współorganizują inscenizację?

Kamienista droga, którą przyszła procesja, po wyjściu ze wsi pnie się w górę, następnie biegnie przez pola do Drochlina, i jeszcze dalej, aż do Lelowa. To na wzniesieniu, zaraz po lewej stronie drogi, znajduje się mogiła poświęcona poległym powstańcom styczniowym. Za drewniano-murowanym ogrodzeniem stoi krzyż i pamiątkowy kamień. Krzyż widać już z oddali: jest dość wysoki, stalowy, w kolorze rudo-czerwonym, z charakterystycznymi guzami na całej długości i ze stosunkowo niedużą, srebrną figurą Chrystusa. Dzisiaj, na czas uroczystości, pod krzyżem wartę pełni kilku harcerzy. Ze względu na niepewną pogodę ubrani są w długie oliwkowozielone peleryny. W narożnikach mogiły łopoczą dwie duże biało-czerwone flagi.

Zaczyna się ceremonia. Po schodach wiodących pod krzyż wchodzi dwóch eleganckich mężczyzn – obaj są nauczycielami i działaczami lokalnego towarzystwa historycznego[1]. Stają twarzami do zebranych, nad głowami których rozciąga się miły widok na jesienne pola i lasy. Zebrani by objąć wzrokiem krzyż, flagi i prowadzących, muszą lekko unieść głowy. Nieliczni wchodzą na sąsiednią górkę, skąd mają widok pełniejszy, obejmujący także trwające przygotowania do inscenizacji. „Witam Państwa na dalszej części uroczystości związanych z 152 rocznicą bitwy pod Mełchowem. Nasza obecność na zakończonej przed chwilą mszy świętej, jak i obecność tutaj, obok mogiły powstańców z 1863 roku, jest wyrazem wspólnej pamięci o tych, którzy wiele lat temu nie wahali się poświęcić życia dla zniewolonej ojczyzny. Proszę orkiestrę o odegranie hymnu państwowego” – po słowach prowadzącego konferansjerkę nauczyciela historii, dowódca oddziału rekonstruktorów „Żuawów Śmierci” Robert Osiński dodaje szybkie: „Baczność! Prezentuj broń!”. Równo stuknęły wojskowe buty. Wraz z pierwszymi dźwiękami Mazurka Dąbrowskiego zebrani z wyprężoną piersią stają na baczność. Niektórzy nieśmiało śpiewają.

Po odegraniu pierwszej zwrotki hymnu następuje powitanie wszystkich zaproszonych gości, z imiennym wskazaniem osób pełniących funkcje publiczne, przedstawicieli kościoła katolickiego, policji państwowej, radnych z gminy Lelów oraz reprezentantów sąsiednich miast i gmin, grup rekonstrukcyjnych[2], członków towarzystw kulturalnych z okolicznych gmin i miejscowości, kombatantów, dziecięco-młodzieżowej orkiestry dętej działającej przy Gminnym Ośrodku Kultury w Lelowie, mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Lelowie, uczniów, harcerzy, strażaków, turystów, cyklistów, mieszkańców wsi Mełchów oraz wszystkich tych, którzy są obecni na dzisiejszej uroczystości. Po każdym wymienionym nazwisku rozlegają się brawa. Aby nie było wątpliwości, że wszyscy są tu miele widziani, na koniec padają słowa: „I jeszcze raz brawa dla wszystkich gości”.

Kiedy milkną ostatnie oklaski, harcerze z ZHP w Lelowie zostają poproszeni o przeprowadzenie apelu poległych: „Pochylamy głowy w zadumie i skupieniu, mając serca przepełnione pamięcią i wdzięcznością dla tych, którzy spełniając swój wielki obowiązek wobec ojczyzny, złożyli na jej ołtarzu największy dar, własną krew i życie. Wzywam ich do apelu!”. Zebrani wraz z prowadzącymi odpowiadają: „Polegli na polu chwały”. Harcerz kontynuuje apel: „Żołnierze powstańczych zrywów, dzięki którym świadomość niepodległej ojczyzny przetrwała czasy zniewolenia. Wzywam was do apelu!”. „W stu pięćdziesiątą drugą rocznicę powstania styczniowego, stojąc na polu bitwy pod Mełchowem, przekazujemy pokoleniom waleczne czyny i mężnego ducha naszych pradziadów, którzy w tym miejscu, w 1863 roku, stanęli na bój śmiertelny o wolność i niepodległość ojczyzny naszej. Stajemy do apelu poległych, aby oddać cześć wszystkim żołnierzom powstania, którzy złożyli swoje życie na ołtarzu ojczyzny, a ich prochy spoczywają na cmentarzach całej Polski”. Następnie wspomniani zostają Adam Chmielowski – święty brat Albert[3], porucznik Werbiński[4] i „wszyscy polegli za wolność Polski, którzy zostali pochowani w naszych lelowskich lasach”, „żołnierze, którzy zginęli na wszystkich frontach za wolność ojczyzny”, „synowie pułków, harcerze i studenci”, „wszyscy żołnierze, którzy nie bacząc na trudy i niebezpieczeństwa pełnili służbę w misjach pokojowych, humanitarnych i stabilizacyjnych w różnych regionach świata, oddając swe życie w imię pokoju oraz walki o prawa człowieka”. Na każde wspomnienie zgromadzeni wspólnie odpowiadają „Polegli na polu chwały!”. Wyjątek stanowią „synowie pułku, harcerze i studenci”, przy których wzniesiono okrzyk „Odeszli na wieczną wartę”. Apel poległych zamyka wezwanie: „Niech rozsiane bezimienne mogiły żołnierzy będę świadectwem dziedzictwa, tradycji i czynów ojców naszych oraz naszej pamięci i tożsamości, będą pokłonem naszej ojczyźnie. Chwała bohaterom! Cześć ich pamięci!”. Na koniec ze strzelb oddziału rekonstruktorów „Żuawów Śmierci” zostanie oddana salwa honorowa. Zanim padną strzały, niektórzy już zawczasu zatykają uszy. Inni stoją niewzruszeni, wyprężeni jak struna, inni znowu są rozbawieni, jakby huk z karabinów jedynie lekko ich połaskotał.

Kiedy opadł już pierwszy pył wystrzelonego prochu, rozpoczyna się ceremonia złożenia wiązanek kwiatów pod pomnikiem powstańców styczniowych. Jako pierwsi do mogiły podchodzą przedstawiciele władz samorządowych, na czele z wójtem Gminy Lelów. Ostatnia jest reprezentacja mieszkańców wsi Mełchów. Następnie orkiestra młodzieżowa wykonuje „pieśń patriotyczną”[5], po której ksiądz kanonik zostaje poproszony o odmówienie modlitwy za poległych powstańców: „[…] Módlmy się, Wszechmogący Boże, polecamy miłosierdziu Twojemu dusze poległych powstańców styczniowych, którzy oddali swoje życie, walcząc o wolność drogiej ojczyzny, i którzy przelali krew swoją w obronie nie tylko ludu polskiego, ale i wiary świętej. […] O Boże, niech ich męczeństwo poniesione w obronie wiary i ojczyzny, uwolni ich dusze od mąk czyśćcowych, wyjedna im wieczną nagrodę w niebie”[6]. Na koniec kapłan odmawia Ojcze Nasz i Modlitwę za Zmarłych. Goście zebrani na uroczystości stopniowo włączają się do modlitwy.

Podniosłą atmosferę zdaje się nieco łagodzić kolejny punkt obchodów, jakim jest „wspomnienie o bitwie”[7] w wykonaniu „dowódcy pułku Żuawów Śmierci”[8] Roberta Osińskiego. W trwającej kilka minut gawędzie skupia się on na postaciach dowódców oddziałów powstańczych („Między innymi dowódcami plutonów byli oficerowie węgierscy, porucznicy Borremis, Szabo i Sokulicz”), osobach zasłużonych w walce („Zygmunt Trawiński, paulin z Jasnej Góry” oraz „młodziutki jeszcze Adam Chmielowski”), a także na okoliczności, które sprawiły, że doszło do samej bitwy. „Dowódca” przywołuje nazwiska oraz detale dotyczące manewrów i uzbrojenia. Jedynym zdaniem oddającym emocje i atmosferę bitwy jest historia o koniach i kawalerii: „Na samym początku Rosjanie ostrzelali rakietami odział kawalerii. Ponieważ te rakiety wydawały przerażający świst, konie poniosły i ten odział kawalerii w krótkim czasie praktycznie przestał istnieć”.

Opowieść „Żuawa Śmierci” zostaje nagrodzona gromkimi brawami. Następnie głos zabierają przedstawiciele władzy samorządowej i lokalnej elity. W przemówieniach padają słowa o „żywej lekcji historii i patriotyzmu”, o „traumatycznym wydarzeniu”, o „honorze i sumieniu” oraz o „uświęcającej mocy walki i krwi przelanej za ojczyznę”. Kilkukrotnie zostaje powtórzone zdanie: „wolność nie jest dana nam na zawsze, my o tę wolność musimy zabiegać, my tę wolność musimy pielęgnować”.

Przemówieniom pod mogiłą powstańczą towarzyszą oklaski, a niekiedy i świst strzałów – mniej więcej trzysta metrów dalej, na polu, trwają ostatnie przygotowania do bitwy[9]: „kawaleria” ćwiczy manewry, ustawiane są elementy scenografii. Pojawia się także garkuchnia z grochówką, stoisko z chlebem ze smalcem oraz kawą i herbatą[10]. Widzowie powoli zajmują miejsca.

„O, a ten to jak Janosik wygląda!” – zagaduje mnie mężczyzna z aparatem fotograficznym. „W zeszłym roku to mu białą koszulę dali, to wyglądał świetnie”. I właściwie nie przerywając fotografowania zaczyna opowiadać o sobie i swoich doświadczeniach na innych, podobnych dzisiejszemu wydarzeniach. Okazuje się, że kiedyś był strażakiem, musiał jednak przejść na rentę zdrowotną. To wtedy postanowił zająć się fotografią – początkowo tylko dla siebie, jednak obecnie jego zdjęcia można znaleźć w lokalnych portalach informacyjnych. Jak mówi, fotografuje głównie „wydarzenia historyczne” i inscenizacje, ale też inne działania rekreacyjne, takie jak spływy kajakowe czy zloty harcerskie. Wspomnienia z tych wydarzeń okazały się być skarbnicą różnych anegdot, którymi dzielił się nie tylko ze mną, ale również z innymi osobami przebywającymi w pobliżu[11]. Nie przerywając swoich opowieści mężczyzna co i raz woła do „kawalerzystów”, żeby ładnie postawili konia dęba lub przejechali bliżej aparatu – tak, by mógł zrobić dobre, dynamiczne zdjęcia.

Tymczasem na odprawę zbierają się dowódcy oddziałów rekonstrukcyjnych i organizatorzy. Celem spotkania jest dopracowanie scenariusza widowiska. Wokół kartonowych wiejskich chat snują się „kosynierzy”. Jest też „kawaleria” – jeźdźcy z lokalnej stadniny, którym przewodzi właściciel pobliskiego hotelu. Przejęte uczennice, które pierwszy raz odegrają role chłopek, robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Na miejscu jest już dowódca „Żuawów” – mężczyzna z siwym zarostem, w czarnym płaszczu z białym krzyżem na piersi, przewyższający wzrostem większość zgromadzonych wokół niego. Do „powstańców” dołączają również przedstawiciele organizatorów – ci sami, którzy prowadzili konferansjerkę „części oficjalnej”: jeden z nich, pod krawatem, kartkuje duży notes, w którym prawdopodobnie wypunktowany jest plan działań na dziś; drugi bacznie się rozgląda i szybko znika w poszukiwaniu „Kozaków”. Jest i „dowódca Rosjan” – niski, z rudym wąsem, w ciemnozielonej kurtce i w okrągłych okularkach. „Dowódcom” przyglądają się „rosyjscy artylerzyści” w szarych płaszczach ze złotymi guzikami oraz „kosynierzy” w kremowych sukmanach. Są już wszyscy, rozpoczyna się więc planowanie strategii gry: „Odtworzyć się tego w całości nie da, bo to jest niemożliwe” – dyskusji przewodzi dowódca „Żuawów” (ze swoim profesjonalnym odziałem występuje tu już od kilkunastu lat i zdaje się cieszyć niemałym autorytetem). Dowódca pewnym głosem przedstawia zebranym plan działania: „Wchodzimy do wioski. Bitwa się rozpoczyna w wiosce. W momencie, kiedy się cofają, patrol kozacki ostrzeliwuje się, wy [„Rosjanie” – J.W.] zajmujecie linię mniej więcej na wysokości armat. […] Chodzi o to, żeby tamci [publiczność – J.W.] nas widzieli, to musi być walka w tę stronę. […] My spróbujemy ataku kosynierów na armaty, kosynierzy wyskoczą, armaty strzelą do nich, kilku tam padnie, wycofają się, znowu nawiążemy walką ogniową. Chodzi o to, żeby to było dynamiczne”. Jednak w pewnym momencie jeden z organizatorów zadaje, jak się później okaże[12] kluczowe, pytanie o finał całej akcji: „Wy się na końcu wycofujecie?” Dowódca „Żuawów” poprawia chustę pod szyją i robi krótką pauzę: „Nie, nie. Zrobimy w ten sposób, kończy się to tak, że Rosjanie zajmują wioskę”.

Pozostała jeszcze sprawa rozłożenia akcentów, czyli strzały z armat: „Niech armaty wystrzelą w pewnym momencie i zapalimy jedną chatę, i to będzie początek. Początek od zapalenie pierwszej chaty” – pomysł jednego z lokalnych działaczy spotyka się z akceptacją „Żuawa”. Scenariusz całej walki zdaje się więc być już dopracowany. W tym momencie do głosu dochodzi jednak „dowódca rosyjski”, który do tej pory w skupieniu przysłuchiwał się rozmowie: „Jak tak od razu zaczniemy walkę, to się szybko skończy”. W powietrzu wykonuje gesty imitujące wymianę strzałów. I nie czekając na odpowiedź przedstawia rozwiązanie dostrzeżonego problemu: „Nawiązując do tych trzech powstańców… Tam coś było o jakimś sądzie. […] Zróbmy sam sąd przed ludźmi, rozstrzelajmy ich i pójdziemy sobie w cholerę”. Pomysł przekonuje „dowódcę Żuawów”, a uwagi lekko rozbawionego historyka, że to było miesiąc wcześniej, w tym momencie wydają się być mało istotne. Plan jest więc taki: „Zaczniemy od tego, że jest sielskość i trzech powstańców […], wchodzą Rosjanie i biorą ich do niewoli. I tam ich rozstrzelają przed publicznością”. „Scenka powstańcza taka będzie!” – pomysł trafia również do lokalnego działacza. W plan trzeba jeszcze wtajemniczyć „dowódcę tych, co są we wsi”, czyli nauczycielkę. Dowódca „Żuawów” tłumaczy nauczycielce i młodzieży, odgrywającej mieszkańców Mełchowa: „Pełna sielanka, mieszkańcy wsi coś tam robią… […] Wśród mieszkańców ukrywa się trzech powstańców. Wchodzi patrol rosyjski, bierze ich do niewoli i rozstrzeliwuje ich tam”. […] Ktoś dodaje: „Tylko nie z armaty!”. „Generał” niezrażony tłumaczy dalej: „I jeżeli chodzi o panie, to można Rosjan łapać za ten, błagać… Rosjanie będą odpychać, ale nie dawać się!”. Nastolatki cieszą się i aż zacierają ręce. Ubrane są w wełniane swetry i kolorowe spódnice do kolan, na głowach mają kwieciste chusty. Niektóre noszą harcerskie glany, inne lekkie sportowe obuwie. Pojawia się jeszcze jedno zadanie dla dziewcząt: „Panie ze wsi, mam taką prośbę. Jak tam zrobimy rozstrzelanie, to możecie podejść, klęknąć nad tymi rozstrzelanymi, popłakać. Dobrze?”. Żołnierz stojący z boku radzi: „Jakby się śmiali, proszę się nie przejmować”, a inny dodaje: „I nie szukać portfela”. Dziewczyny się śmieją, za chwilę jednak, już bardziej zaaferowane, ćwiczą swoje kwestie: „I my mamy się łapać i wołać «Zostaw go!». A jak chata się będzie palić, to: «Łooo! Moja chata się pali!»”. Kiedy jedna z uczestniczek ma pewne wątpliwości: „Nie kumam o co kommon”, otrzymuje szybką pomoc: „Ja wiem o co chodzi, więc wy róbcie to samo!”.

„Cisza, akcja!”. Dziewczęta i chłopcy przebrani za chłopki i chłopów pracują na polu przed błękitnymi tekturowymi chatkami: zbierają jabłka, koszą siano. Cichnie muzyka. „Ziemie polskie pod zaborem rosyjskim. Jest początek lat 60.” – rozpoczyna się inscenizacja bitwy pod Mełchowem. Zgodnie z planem zaczyna się od egzekucji, wykonanej niemal tuż przed publicznością. Na twarzach widzów malują się różne emocje: od strachu i fascynacji, przez zadumę, dumę i uśmiech. Duża część osób chwyta za telefony i aparaty fotograficzne, by uwiecznić scenę rozstrzelania powstańców. Po strzałach i lamencie wracam na miejsce bitwy. Wraz z innymi ukrywam się w okalających pole drzewach i krzakach. Obok mnie stoją strażak z butelką benzyny, dziewczyna w moro z aparatem fotograficznym i mój wcześniejszy rozmówca. Dalej inne grupki widzów, którzy woleli zamaskować się w krzakach, niż zająć miejsca przygotowane na widowni – niektórzy robią zdjęcia telefonami, inni po prostu patrzą. „Rosjanie” atakują, „powstańcy” ich odpierają… I znowu „Rosjanie” atakują… Dokładnie tak jak w scenariuszu. Sytuacja na polu walki nie jest jednak tak dynamiczna, żeby nie można było znaleźć chwili na rozmowę. Komentujemy scenki powstańcze: tu „Rosjanie”, tam „powstańcy”, tu „Kozacy”, a gdzieś między nimi „chłopi”. Były strażak zaczyna opowiadać o swoim zainteresowaniu historią i różnych miejscach, które odwiedził. Jednym z nich jest wieś Kurzelów, w której, jak twierdzi, zostało zamordowanych 30 niedoszłych milicjantów[13]. Jak mówi, „głowy ich były powtykane na płoty”. Po czym po krótkiej pauzie dodaje: „Taka to właśnie nasza historia”.

Inscenizacja powoli dobiega końca. Tym razem, po raz pierwszy w historii rekonstrukcji bitwy pod Mełchowem, wygrali „Rosjanie”. Zwieńczeniem wydarzenia jest defilada oddziałów rekonstrukcyjnych biorących udział „w bitwie” oraz zapowiadane wcześniej pokazy grupy „kawalerii Kozaków”. Jednym z numerów popisowych okazuje się być szarża oddziałów rosyjskich na zebraną publiczność, podczas której żołnierze zatrzymują się tuż przed twarzami na pół przerażonych, na pół rozbawionych widzów. Po tych atrakcjach i przeżyciach na wszystkich czeka już gorąca wojskowa grochówka, chleb ze smalcem oraz ciepła herbata. Pomimo dość pochmurnej pogody i mżawki, przez jakiś czas udaje się utrzymać atmosferę pikniku. Rekonstruktorzy, niezależnie od formacji, swoją porcję zupy dostają poza kolejnością. Czasem któryś zostaje poproszony do pamiątkowego zdjęcia. Ludzie spontanicznie komentują przedstawienie, jedzą i piją. Jeden z widzów stwierdza, że armatnie wystrzały tak mu podniosły ciśnienie, że już nie może wypić kawy. Niektórzy żartują, inni przejęci oglądają uzbrojenie. „Dowódca wojsk rosyjskich” w ramach prezentu dostaje butelkę śliwowicy lelowskiej. Szybko chowa ją w połach płaszcza. Ktoś z boku żartuje, że to prezent za to, że „Rosjanie” nie spalili wioski i okolicy. Ktoś inny, że trzeba było tak od razu, to nie byłoby tej całej bitwy.


Co sprawia, że w pochmurną, wrześniową sobotę na pola pod Mełchowem przejeżdża tak wiele osób, by albo odegrać scenę powstańczej walki, albo to przedstawienie obejrzeć? Zgodnie z interpretacją, jaką proponują goście i uczestnicy, inscenizacja ma być „żywą lekcją pamięci i historii”, a swoistym mottem wydarzenia stały się słowa Zbigniewa Herberta: „Naród, który traci pamięć, traci sumienie”. By w pełni zrozumieć znaczenie rekonstrukcji, proponuję najpierw przyjrzeć się samym pojęciom pamięci i historii.

Pierre Nora w swoim klasycznym już eseju poświęconym lieux de mémoire (Nora 2009) podkreśla znaczącą różnicę między tymi pojęciami. Pamięć rzeczywista jest pamięcią społeczną, „jest życiem wiedzionym przez żywe społeczeństwa ustanowione w jej imię” (Nora 2009, s. 5), jest wręcz „dyktatorską pamięcią” – „pozbawioną samoświadomości, zarządzającą, wszechpotężną, spontanicznie aktualizującą się” pamięcią „bez przeszłości, która nieustannie na nowo wymyśla tradycję, łącząc historię swych przodków z niezróżnicowanym czasem bohaterów, źródeł i mitu” (Nora 2009, s. 4). Historia natomiast jest porządkowaniem, segregowaniem przeszłości, pełnym dystansu i mediacji, „jest wytworem intelektualnym i świeckim, domaga się więc analizy i krytyki” (Nora 2009, s. 5). Nora równocześnie zauważa, że obecnie żyjemy w epoce „przyspieszenia historii”, w czasach archiwizowania i rekonstrukcji tego, czego już nie ma – także w społecznym obyczaju i świadomości; tego, o czym się nie pamięta.

Z kolei Aleida Assmann pozostawia refleksję nad podziałem pamięci i historii francuskim badaczom, takim jak Maurice Halbwachs, Marc Bloch, Jacques Le Goff czy wspomniany już Pierre Nora, a sama koncentruje się na pojęciu pamięci. Assmann w swoich badaniach wprowadza następujące analityczne kategoryzacje pamięci: indywidualną, pokoleń, zbiorową i kulturową. Dodatkowo wyróżnia dwa typy pamięci: funkcjonalną i magazynującą, które są „w coraz to innych konfiguracjach odpowiedzialne za plastyczność pamięci kulturowej” (Assmann 2013, s. 61). Według badaczki najważniejszym założeniem pamięci zbiorowej jest wytwarzanie „wspólnej” pamięci przy pomocy różnego rodzaju pamięciowych symboli, tekstów, obrazów, rytuałów i innych praktyk odnoszących się do miejsc czy przestrzeni. Działania takie mają na celu zaszczepienie określonych treści i wartości jednostkom, które tym samym stają się nosicielami pamięci zbiorowej. Dzięki temu instytucje i wspólnoty uzyskują własną tożsamość (Assmann 2013, s. 48).

Umieszczenie rekonstrukcji bitwy pod Mełchowem w siatce pojęć utkanych przez obydwoje badaczy, pozwala dostrzec szereg znaczeń wykraczających poza „żywą lekcję pamięci i historii”. Obecne w przemówieniach i w części nieoficjalnej wydarzenia elementy: krew powstańców, krzyż, hymn narodowy, mundur są aż nadto dobrze znanymi fundamentami narodowej pamięci zbiorowej. Podobnie bowiem jak w pamięci zbiorowej, tak i w pamięci kulturowej ważne jest przeniesienie doświadczeń i wiedzy ponad granice pokoleń, które wytwarza społeczną pamięć długoterminową. „O ile jednak pamięć zbiorowa osiąga tę stabilizację poprzez radykalne zagęszczenie treści, daleko idącą intensyfikację symboli oraz odwołanie się do silnych afektów emocji psychicznych, to pamięć kulturowa opiera się na zewnętrznych mediach i instytucjach, które dbają o pamięć i przekazują wiedzę” (Assmann 2013, s. 55). W pamięci kulturowej to nośniki materialne, takie jak książka czy film, ogrywają szczególną rolę, stając się akumulatorami doświadczenia pamięci. Podczas gdy dla pamięci zbiorowej obraz i pismo pełnią raczej funkcję sygnalizacyjną, przypominającą o wspólnej ucieleśniającej pamięci, dla pamięci kulturowej znaczącą, bazową rolę odgrywają różnorodne formy symboliczne. Z jednej strony są to więc wspólne działanie i obrzędy (na przykład apel poległych i inscenizacja bitwy pod Mełchowem), z drugiej – archiwum i refleksja nad przeszłością oraz nieustanne jej konstruowanie. Tym więc, co zdaje się odróżniać oba rodzaje pamięci, jest nie tylko stosunek do przeszłości, ale też stosunek wspólnoty do samej siebie. Assmann pisze tak: „Podczas gdy pamięć zbiorowa na stałe określa wspólne doświadczenie i wspólną wolę, to pamięć kulturowa służy obywatelom społeczeństwa do komunikacji w długofalowej perspektywie historycznej i upewniania się w tożsamości, opartej na współudziale w wielopokoleniowej tradycji i szeroko zakrojonych doświadczeniach historycznych. Z uwagi na jej medialne i materialne zakorzenienie pamięć kulturowa przeciwstawia się wąskim ujęciom, typowym dla pamięci zbiorowej” (Assmann 2013, s. 56).

Assmann upatruje wyzwolenia pamięci zbiorowej z jej homogenicznego kształtu w technologii, której zastosowanie ma umożliwić pewną wielogłosowość w relacjach z pamięcią indywidualną. Właśnie w tym miejscu zdaje się unaoczniać pewien dramat pamięci i historii lub może po prostu „praktyki przeszłości”. Jak zauważył Pierre Nora, współczesna pamięć jest „przekształcona przez historię, która jest czymś niemal przeciwstawnym: świadoma i przemyślana, przeżywana jako obowiązek, już nie spontaniczna; psychologiczna, indywidualna i subiektywna; ale nigdy nie społeczna, zbiorowa lub wszechobejmująca” (Nora 2009, s. 7). Assmann z kolei zauważa, że pamięć kulturowa musi być nieustannie subiektywnie przyswajana i dzięki rozmaitym zabiegom instytucji kulturowych i systemu edukacji przywracana żywej świadomości (Assmann 2013, s. 56). Pamięć, ta „kulturowa” lub „schwytana przez historię”, okazuje się więc być „obca” jednostce z samej swojej definicji.

Przekaz płynący z inscenizacji nie budzi wątpliwości, bo, jak usłyszałem w przemówieniach i w rozmowach prowadzonych podczas badań, była to „żywa lekcja historii i patriotyzmu”. Dla moich rozmówców jednak lekcja ta nie polega na krytycznej analizie wydarzeń historycznych czy analizie ich kontekstów i interpretacji. Ważne, żeby, jak powiedział jeden z „generałów” występujących w rekonstrukcji, „Zrobić tak, jak było w roku ubiegłym”. Na podstawie moich obserwacji uważam, że udział w wydarzeniu jest raczej pewnego rodzaju taktyką oswojenia czy obłaskawienia historii narodowej, próbą wypełnienia jej „martwych” dat, postaci i wydarzeń konkretną, „żywą”, bardziej esencjonalną substancją. Oczywiście zarówno część „oficjalna”, jak i „nieoficjalna” wydarzenia były bogate w symbole narodowe, religijne i lokalne. To jednak nie powstańcy i ich „najwyższa ofiara, jaką złożyli” były najważniejsze i najciekawsze dla moich rozmówców, a tym samym dla mnie jako badacza.

Tym, co pojawiało w rozmowach, komentarzach, a nawet, chociaż już w mniejszym stopniu, w oficjalnych przemówieniach, było zwrócenie uwagi na elementy życia codziennego, będące składnikiem wydarzenia: „Pełna sielanka, mieszkańcy wsi coś tam robią… Jakieś grabie by się przydały”. A także na krajobraz: „pięknie wyglądały te dymiące się zgliszcza chat na polu”. Na znaczenia ukryte w codzienności i jej silne powiązanie z tożsamością narodową zwrócili uwagę między innymi Michael Billig (2005) i Tim Edensor (2004). Przez długi czas dziedzictwo narodowe czy patriotyzm były traktowane jako wartości zarezerwowane dla tak zwanej „kultury wysokiej”. Kultura popularna i codzienność, postrzegane jako trywialne i płytkie, miały być natomiast przeznaczone do zaspakajania najprostszych ludycznych lub pragmatycznych potrzeb. Tymczasem, jak pisze inspirujący się refleksją Billiga Edensor, „obok takich otwartych pokazów i świadomych deklaracji kulturowych tożsamość narodowa jest zakorzeniona w codzienności, w przyziemnych szczegółach interakcji społecznej, nawyków, rutynowych działań i wiedzy praktycznej” (Edensor 2004, s. 32).

To, co wydaje się szczególnie istotne dla moich rozmówców, to właśnie wplecenie elementów ich własnej codzienności w odległe, zrekonstruowane wydarzenie historyczne. Ważne jest bycie strażakiem, ważne jest bycie chłopem lub chłopką, ważna jest gorąca grochówka rotacyjnie przygotowana przez kolejne grupy mieszkańców zrzeszonych w Kołach Gospodyń, Ochotniczej Straży Pożarnej czy pracujących w Gminnym Ośrodku Kultury. Z dumą podkreślano także, że „tym razem szkielety domów zrobiliśmy z porządnego drewna i teraz ładnie się palą”. Wyrazem osadzenia doświadczenia w codzienności są też odwołania do znanych wszystkim filmowych bohaterów: „Ten na tym koniu to w tej białej koszuli i rozwianych włosach wyglądał jak Janosik!”. Pojawia się wreszcie odwołanie do krajobrazu, wypowiadane przez samego narratora wydarzenia: „Przy chatach pracę kończy miejscowa ludność. Widzimy kobiety, widzimy gospodarzy, nie wiedzą, że tuż za moment do wsi wkroczą rosyjskie odziały. […] Możecie państwo przenieść się w XIX wiek, i zobaczyć sielski obrazek z życia wsi, ludzi pracujących, krzątających się koło wiejskich chałup. Ale tą sielskość zakłóca niestety oddział Rosjan, który poszukuje polskich powstańców”.

Jak pisze Edensor, „te konkretne krajobrazy stanowią wybiórczy skrót w odniesieniu do zamieszkujących je narodów, synekdochy, przez które rozpoznaje się je w skali globalnej. Są one jednak również pełne wartości symbolicznych i oznaczają wartości narodowe. Mogą one służyć budowaniu idei narodu na nieszczęściu albo ukształtowaniu jego geografii na gruncie natury, pojmowanej jako zarazem dobroczynna, oswojona i ujęta w karby. […] Ponadto krajobrazy stały się symbolami ciągłości, wytworem ziemi, na której się pracuje, która rodzi plony i na której jest wyryta jej przeszłość, tak, że [tu Edensor przywołuje słowa Georga Cubitta] «historia jest obecna w geografii»” (Edensor 2004, s. 58).

Rekonstrukcja historyczna, a wraz z nią pamięć zbiorowa i sama historia nabierają głębszego znaczenia, gdy możemy w nich zaleźć „nasze” jabłka, grabie czy śliwowicę, jeżeli wiąże się z „naszym” doświadczeniem pracy lub jeżeli dzieje się na „naszym” polu, którego nie tylko widok, ale też dotyk i zapach dobrze znamy. Podczas opisywanego wydarzenia w Mełchowie mechanizm ten widać szczególnie w postawie mężczyzny, który przyjechał z Australii i odnalazł tu to, czego w zglobalizowanym świecie mu brak: czysty polski język i krajobraz, który, chociaż odmieniony modernizacją, pozostał jednak swojski. Tę „codzienność”, zaangażowaną w rekonstrukcję, podkreślały również osoby na stałe mieszkające w okolicy, które mówiły o strojach chłopek, gorącej grochówce, konstrukcji domów, aktorskim udziale sąsiadów i uroku mełchowskich pól. Wydarzenie jest (i wydaje się, że ma być) raczej twórczym patchworkiem, niż realistycznym „obrazem pól bitewnych”.

Inscenizacja okazuje się więc być momentem nadania abstrakcyjnemu, bo odległemu wydarzeniu z przeszłości subiektywnego i osobistego znaczenia. Z jednej strony uczestnictwo w niej jest rodzajem taktyki (De Certeau 2008), którą jednostki, ale też lokalna społeczność podejmują w celu negocjacji wartości proponowanych przez władze i organizatorów rekonstrukcji – przekuwa „krew powstańców” i „traumatyczne wydarzenie” w sytuację kolektywnej współpracy i bliskości. Moi rozmówcy podkreślali znaczenie samej inscenizacji dla ich wspólnoty. Wspomnę tu tylko o dwóch przykładach: grupa uczniów mająca odgrywać chłopów oraz ich „dowódca”, nauczycielka, chociaż na początku przez zawodowych rekonstruktorów zostali uznani za amatorów, podczas „walk” zdobyli ich uznanie; pracownicy fizyczni Urzędu Gminy, którzy zostali wcieleni w role artylerzystów, „na bitwie” przestali już narzekać, że wykonują pracę ponad swojej obowiązki[14].

Udział w rekonstrukcji umieszcza indywidualne opowieści i pamięć w większym strumieniu historii i idei narodowej, a przez to nadaje sens lokalnej tożsamości. Szczególną funkcję pełnią tu wspomniane wyżej elementy codzienności, które z jednej strony pozwalają odnaleźć się w mitycznym czasie przeszłym, wśród jego bohaterów i ich działań, a z drugiej stają się nośnikami wartości, uznawanych współcześnie za ważne.

 

Bibliografia

Assmann Aleida, Między historią a pamięcią: Antologia, red. nauk. i posłowie Magdalena Saryusz-Wolska, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2013.
Billig Michael, Banalny nacjonalizm, przeł. Maciek Sekerdej, Znak, Kraków 2005.
Certeau de Michel, Wynaleźć codzienność: Sztuki działania, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2008.
Edensor Tim, Tożsamość narodowa, kultura popularna i życie codzienne, przeł. Agata Sadza, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2004.
Nora Pierre, Między pamięcią a historią: Les lieux de mémoire, przeł. Paweł Mościcki, „Tytuł roboczy: archiwum”, 2009, 2, s. 4-12.


[1] W funkcji konferansjerów występują Zbigniew Bryła – Wiceprezes Lelowskiego Towarzystwa Historyczno-Kulturalnego im. Walentego Zwierkowskiego, nauczyciel historii w liceum w Szczekocinach i Mirosław Skrzypczyk – Prezes LTH-K, nauczyciel języka polskiego i wychowawca w liceum w Szczekocinach.
[2] Grupa rekonstrukcji historycznej Pułk Żuawów Śmierci z Buska Zdroju, grupa rekonstrukcji historycznej Dziewiąta Rota 1863, grupa Gloria Victis z Wielunia, grupy konne kosynierów z Lelowa oraz artylerzystów.
[3] „Wzywam Adama Chmielowskiego – Brata Alberta, ciężko rannego 30 września 1863 roku pod Mełchowem, w wyniku czego stracił nogę. Po upadku powstania został opiekunem ubogich, opuszczonych i porzuconych”. Przy okazji dodam, że trafiłem na ślady cichej rywalizacji o to, gdzie noga Brata Alberta została amputowana: czy stało się to jeszcze w jednej z okolicznych chat w Mełchowie, czy też w sąsiednim Koniecpolu, dokąd ranny Adam Chmielowski został później przewieziony. W Koniecpolu, na miejscu szpitala, gdzie miano dokonać amputacji, jest skwer i obelisk poświęcony bratu Albertowi. Trzeba również zaznaczyć, że na rekonstrukcji nie ma osoby odgrywającej postać świętego – co najczęściej tłumaczy się tym, że jak dotąd nie znalazł się chętny do takiego poświęcenia.
[4] Teodor Werbiński – artylerzysta, porucznik rezerwy. 23 sierpnia przybył do Częstochowy, gdzie został zmobilizowany. Zginął 3 sierpnia 1939 roku w walkach pod Lelowem. Walczył w pierwszym batalionie majora Stanisława Juszczakiewicza. „Po zniszczeniu przez Niemców wozu z amunicją, w wybuchu zostaje ranny. W walce odpiera nacierającego wroga, zużywając całą amunicję, ostatnią kulę zostawiając dla siebie, nie chcąc dostać się do niewoli – opowiada historię porucznika Werbińskiego Jerzy Karolczyk [mieszkaniec Lelowa, członek LTH-K – J.W.]” („Gazeta Myszkowska″, http://www.gazetamyszkowska.pl/articles/885, data dostępu: 10.11.2015).
[5] Takiego sformułowania użył prowadzący. Okazała się nią Rota. Odegrano pierwszą zwrotkę pieśni. Muzyce nie towarzyszył śpiew.
[6] „W imię Ojca i Syna i Duch Świętego. Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg, który stał się człowiekiem, zamieszkał na Ziemi, w swojej ziemskiej ojczyźnie, którą umiłował, i przez swój przykład nauczył miłować każdą ojczyznę jako swoją matkę. Stoimy w miejscu, gdzie grupy naszych rodaków przypominają jak wielką cenę zapłacono za wolność i niepodległość naszej ojczyzny, Polski. Schylając głowy, pragniemy dziękować Bogu za tych wszystkich, którzy swoje życie oddali na ołtarzu ojczyzny. Módlmy się, Wszechmogący Boże, polecamy miłosierdziu Twojemu dusze poległych powstańców styczniowych, którzy oddali swoje życie walcząc o wolność drogiej ojczyzny, i którzy przelali krew swoją w obroni nie tylko ludu polskiego, ale i wiary świętej. Błagamy Cię o to, przez mękę i śmierć Zbawiciela naszego, przez Jego serce najświętsze, przez zasługi i przyczynę Jego Niepokalanej Matki oraz świętych patronów, świętego Brata Alberta i patronek narodu naszego. O Boże, niech ich męczeństwo poniesione w obronie wiary i ojczyzny uwolni ich dusze od mąk czyśćcowych, wyjedna im wieczną nagrodę w niebie”.
[7] Chodzi o bitwę pod Mełchowem z 1863 roku. Oto wspomnienie: „Szanowni Państwo, po raz kolejny, na zaproszenie organizatorów, mam zaszczyt powiedzieć kilka słów na temat wydarzeń, które w tym [podkreślenie – J.W.] miejscu rozegrały się 152 lata temu. Źródeł do bitwy mełchowskiej jest wiele, niestety pewna część z tych źródeł, zwłaszcza [podkreślenie – J.W.] źródła rosyjskie, to są źródła bałamutne i nie do końca wiarygodne. Bitwa mełchowska, która rozegrała się na tych polach [w tle słychać okrzyki „Uraaa!” w wykonaniu grupy rekonstrukcyjnej odgrywającej Rosjan, ćwiczącej przez wydarzeniem – J.W.] 30 września 1863 roku, to była jedna z największych bitew jakie stoczyło zgrupowanie pułkownika Zygmunta Chmieleńskiego w swojej kampanii powstańczej, od czerwca do grudnia 1863 roku. Jak w ogóle doszło do bitwy? Otóż zgrupowanie pułkownika Zygmunta Chmieleńskiego, po krwawych bitwach pod Cierniem, Warzynem i Czarncą, przemieściło się w kierunku Drochlina, ponieważ w Drochlinie formował się nowy oddział powstańczy, który przeszedł granicę z Galicją. Oddział pod dowództwem kapitana Alberta Esterhazego, pseudonim Otto. Był to oddział, który w większości rekrutował się z Polaków, ale pewną część oddziału stanowili również Węgrzy. Między innymi dowódcami plutonów byli oficerowie węgierscy, porucznicy Borremis, Szabo i Sokulicz. W Drochlinie nastąpiło połączenie zgrupowania pułkownika Chmieleńskiego z odziałem kapitana Otto. Należy zauważyć, że oddział kapitana Otto nie był należycie uformowany, oni się dopiero organizowali. Uzbrojenie mieli bardzo dobre – sztucery, ale niestety nie byli należycie wyszkoleni. W krótkim czasie dano znać, że do zgrupowania powstańczego zbliża się nieprzyjaciel. Tym nieprzyjacielem był oddział moskiewski, dowodzony przez pułkownika Szulmana. W skład jego wchodziła piechota, kawaleria, oraz artyleria: trzy działa gwintowane oraz zestaw rakietników. Ponieważ Drochlin nie nadawał się do obrony, więc pułkownik Chmieleński zdecydował przemaszerować do Mełchowa. I tu, rankiem 30 września, ustawił swój oddział do bitwy. Prawe skrzydło, czyli to miejsce, gdzie mniej więcej obecnie się znajdujemy, zajął odział dowodzony przez podpułkownika Teofila Władyczańskiego, pseudonim „Zaremba”. Centrum wsi, czyli miejsce, gdzie mniej więcej znajduje się obecnie kaplica [kaplica św. Brata Alberta Chmielowskiego – J.W.] zajął pułkownik Chmieleński. Natomiast lewe skrzydło – odział kapitana Otto. W rezerwie znajdował się oddział kawalerii, którym dowodził rotmistrz Jan Rzepecki. Ponieważ Rosjanie zajęli stanowiska znacznie wydłużone w kierunku zachodnim, więc na rozkaz pułkownika Chmieleńskiego kawaleria wysunęła się przed las, żeby przedłużyć skrzydło i zabezpieczyć w ten sposób zgrupowanie powstańcze od obejścia z lewej strony. Bitwa zaczęła się na prawym skrzydle. Rosjanie, dwie roty rosyjskie przystąpiły do ataku. Zostały powstrzymane ogniem [w tle słychać próbne strzały – J.W.] zgrupowania Teofila Władyczańskiego „Zaremby”, a następnie oddział „Zaremby” wykonał kontratak, który się znakomicie udał. Rosjanie, porzucając broń zaczęli uciekać. Dopiero ten kontratak został zatrzymany, mniej więcej na linii głównej pozycji rosyjskiej, gdzie to mordercza salwa położyła kilkunastu powstańców trupem. Powstańcy wrócili na swoje miejsce, rozpoczęła się silna walka ogniowa. Na samym początku Rosjanie ostrzelali rakietami odział kawalerii. Ponieważ te rakiety wydawały przerażający świst, konie poniosły i ten odział kawalerii, w krótkim czasie praktycznie przestał istnieć. Rotmistrzowi Rzepeckiemu udało się zgromadzić zaledwie kilkunastu kawalerzystów, był wśród nich młodziutki, wtedy już osiemnastoletni Adam Chmielowski. Walka przybrała formę wymiany ognia, i jak to zwykle bywało, niestety w potyczkach powstańczych, zranienie dowódcy powodowało zamieszanie w szeregach powstańczych. Najpierw dwie kule w brzuch otrzymał pułkownik Teofil Władyczański „Zaremba”, ale miał jeszcze na tyle siły, że wsiadł na konia, dojechał do Lelowa i tam w karczmie poprosił o pokój i, niestety, niemal natychmiast, przewrócił się i zmarł. Poważną ranę w głowę, na lewym skrzydle, odniósł kapitan Otto. Został ewakuowany z pola bitwy, i ostatecznie zmarł w Niegowie i został pochowany na tamtejszym cmentarzu, w grobowcu Hipolita Świderskiego. Tak jak już stwierdziłem, śmierć dowódcy lewego i prawego skrzydła spowodowała zamieszanie w szeregach powstańczych. Brak powodzenia spowodował, że Polacy zaczęli się wycofywać w kierunku południowym. Należy dodać, że w czasie tego wycofywania niezwykle bohaterską postawą zapisał się kapelan oddziału powstańczego, ojciec Zygmunt Trawiński, paulin z Jasnej Góry, który tu na tych polach poniósł śmierć. Zgrupowanie powstańcze, częściowo rozproszone, ale nie rozbite, wycofało się i dalej toczyło walki. Jakie były dalsze losy bohaterów bitwy? Otóż pułkownik Zygmunt Chmieleński dalej dowodził swoim oddziałem i ostatecznie, ranny w bitwie pod Bodzechowem, został tam wzięty do niewoli przez Rosjan i 24 grudnia 1863 roku został rozstrzelany w Radomiu. Jak już wspominałem, pułkownik Władyczański zmarł i najprawdopodobniej leży na cmentarzu lelowskim razem z trzema oficerami, którzy zostali pojmani przez Rosjan w momencie, w którym zgrupowanie pułkownika Chmieleńskiego kwaterowało w Białej. Ci powstańcy zostali powieszeni, i po śmierci pułkownika Władyczańskiego, najprawdopodobniej w tej samej mogile, został pochowany. Przynajmniej tak twierdzi ówczesny historyk powstania Bolesław Anc. Natomiast kapitan Esterhazy, arystokrata węgierski, osoba bardzo zasłużona, tak jak już stwierdziłem, z badań nieżyjącego już niestety pana Jerzego Kowalczyka wynika jednoznacznie, że został pochowany, w grobowcu Hipolita Świderskiego w Niegowie. Dziękuję za uwagę [oklaski – J.W.].
[8] Znamienne jest, że przez właściwie całą uroczystość oddział Żuawów Śmierci funkcjonuje jako formacja realna.
[9] O „udziale w bitwie” mówił jeden z uczestników rekonstrukcji. Co ciekawe, nie był to jednorazowy skrót myślowy, ale pojęcie używane przez niego na poważnie.
[10] Zwyczajowo grochówkę na inscenizację za każdym razem przygotowuje inny podmiot: raz są to strażacy z Lelowa, innym razem z Drochlina. Kanapki ze smalcem i kiszonymi ogórkami przygotowała grupa kobiet z GOK-u w Lelowie.
[11] Oto anegdota, którą zapamiętałem (anegdotę przywołam rekonstruując styl wypowiedzi mojego rozmówcy): „Na pewnym towarzyskim spotkaniu grup rekonstrukcyjnych nad Pilicą – nie była to żadna konkretna bitwa, ale walki według własnych wymyślonych i improwizowanych scenariuszy. Strzelało się tam z takich żółtych kuleczek, ale nie był to paintball. I napotkałem taki ich oddział. Idzie kilku chłopa, dorośli faceci, wszyscy mają przewiązane czerwone opaski na ramionach. Pytam się ich, dlaczego tacy smutni idą? A oni, że jak mają być weseli skoro ich zastrzelili [śmiech – J.W.]. I jeden z tych żołnierzy miał banana. Ale jak ja mu zacząłem robić zdjęcia z tym bananem, to wymierzył nim do mnie jakby strzelał. No i mam świetne zdjęcie! Jednak ten dowódca, co szedł z nimi, zaraz przywołał go do porządku, że ma zachować powagę”. Historię tę mój rozmówca skomentował: „Dorosłe chłopy, a tak się bawią!”.
[12] Chociaż bitwa pod Mełchowem skończyła się przegraną powstańców, przez lata, od samego początku, inscenizacja kończyła się przepędzeniem Rosjan z Mełchowa i pola bitwy. Historycznie rzecz biorąc odparcie Rosjan miało charakter tymczasowy, ponieważ Rosjanie jeszcze tego samego dnia wrócili do wsi, podpalili ją i pokonali powstańców. Fakt, że tym razem pokazano prawdę historyczną było znaczącym wydarzeniem w oczach pewnego lokalnego działacza, z którym rozmawiałem.
[13] Bezskutecznie szukałem dokładniejszych informacji na ten temat. Niektórzy mieszkańcy Lelowa, zapytani o to wydarzenie, odpowiadali, że coś o nim słyszeli, ale nie znali szczegółów.
[14] Mężczyźni, jak co roku, zostali zatrudnieni do przygotowania strony technicznej wydarzenia – składanie namiotów, elektryczność itd.

Autor:

Redakcja naukowa:

Redakcja językowa i korekta

Magdalena Czupryńska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − eleven =