O tym, jak klosz przemienia się w sieć

Specyfika wiedzy o egzotycznych podróżach

Anna Wieczorkiewicz

O tym, jak klosz przemienia się w sieć. Specyfika wiedzy o egzotycznych podróżach

Wstęp

Nie ulega wątpliwości, że przemiany technologiczne spowodowały usieciowienie wielu obszarów turystyki, a społeczności internetowe przejmują różne funkcje, które dawniej spełniały instytucje takie jak biura podróży (Brown Barry, Chalmers Matthew 2001, Wang, Feseman 2004). Przemiany dotyczą także szeroko rozumianej wiedzy podróżniczej – jej pozyskiwania, modyfikowania, dystrybuowania, a także tego, jak aktualizuje się w indywidualnych praktykach podróży. Ta myśl jest punktem wyjścia niniejszego tekstu. Wprowadzeniem w tę problematykę niech będzie poniższy przykład.

Pewna mieszkanka Warszawy, deklarująca silne poczucie niezależności i pragnienie podróżniczej wolności tak opowiadała o swojej podróży do Azji:

Pojechałam sama zupełnie, wykupiłam sobie tylko trekking, bo tam na trekking w Himalajach, to sama nie pójdziesz, nie ma takiej opcji. Więc znalazłam sobie przez internet biuro amerykańskie. (Amerykanka ma biuro właściwie w Nepalu, mieszka w Katmandu od 10 lat i zajmuje się tymi trekkingami). Załatwiłam sobie trekking i poszłam z nimi na miesiąc; a trzy tygodnie byłam sama, szwendałam się tu i tam (4-K-ttr,tz,ti)[1].

Do Indii wyprawiła się – jak podkreślała – sama; podróż przebiegała gładko, gdyż wiedziała, jak korzystać z sieci globalnych przepływów informacyjnych i finansowych. (Biuro w Katmandu prowadziła Amerykanka, do której dotrzeć można było drogą internetową.)

Ta sama osoba wspominała także inne sytuacje, kiedy to dzięki internetowi i przewodnikowi Lonely Planet układała plan podróży, dokonywała rezerwacji noclegów, nabywała bilety na różne środki transportu. Jej niezależność i samodzielność wspierały się na szeroko rozumianych sieciowych układach informacji. Internet i książkowy przewodnik współorganizowały wyjazd; ich zalety polegały jednak na tym, że – inaczej niż pilot wycieczek zorganizowanych – nie eksponowały swojego dyscyplinującego charakteru i w subtelny sposób sugerowały możliwe ścieżki eksplorowania świata. Kontrola spoczywała na podróżniczce, która musiała pilnować czasu, koordynować rozkłady jazdy i harmonogramy rezerwacji. Ten rodzaj kontroli nie zaburzał jednak jej poczucia niezależności i samodzielności; mogła zatem oznajmić:

Wszystko, co ogranicza – ja się z tym źle czuję. W czasie wyjazdu realizuję to, że jestem wolnym człowiekiem, tak zupełnie od początku do końca i sama o sobie do końca decyduję. I robię to, co chcę (4-K-ttr,tz,ti).

W niniejszym tekście będę pisać o tym, co tego rodzaju opowieści zamazują – o wsparciu, bez których wolność i niezależność wielu współczesnych podróżników nie miałaby szans przetrwania. Pokażę też praktyki wytwarzania i stosowania wiedzy podróżniczej, pozwalające podążać za marzeniami o nieograniczonej eksploracji świata. Przedstawią układy relacji społeczno-kulturowych, które są wówczas uruchamiane i te, które próbuje się zablokować.

Wyjściowym materiałem źródłowym były wywiady etnograficzne z podróżnikami z Warszawy[2]. Zgodnie z założeniami metodologicznymi przyjętymi w ramach modułu „Swojskość i obcość w mieście” teren ten mógł się poszerzać. Chodziło bowiem o to, by podążać tymi ścieżkami, które wskazywali rozmówcy, by dotrzeć do tego, co dla nich jest ważne. Tym, co interesujące w perspektywie tego modułu, jest bowiem oddolne tworzenie się szlaków komunikacji międzykulturowej rozumianej szeroko – jako krążenie symboli, praktyk, technologii kojarzonych z innymi kulturami.

Okazało się, że sieć internetowa tworzy teren komplementarny w stosunku do przestrzeni miasta, w którym badacze spotykali się z rozmówcami. Stąd też analiza blogów i forów poświęconych podróżom musiała dopełnić analizę wywiadów.

Zanim jednak przejdę do analizy materiału, krótko zarysuję społeczno-kulturowe zjawiska stanowiące kontekst ich rozumienia.

Problematyczny „koniec świata”

„«Egzotyka» jest niesłychanie bliska. I odwrotnie – wydaje się, że na ziemi nie ma już odległych krain, gdzie nie odczuwałoby się obecności «nowoczesnych» produktów, mediów i władzy. Obowiązująca dawniej topografia i doświadczenie podróży uległy rozsadzeniu. Już nie opuszcza się domu, ufając, że znajdzie się coś absolutnie nowego, inny czas, inną przestrzeń. Odmienność spotyka się w sąsiedniej dzielnicy, a to, co znane, odkrywa się na końcu świata” – pisał James Clifford w książce „Kłopoty z kulturą” (Clifford 200: 21). Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem; błędne byłoby jednak wyciągnięcie wniosku, że „koniec świata” nie jest atrakcyjny, gdyż „egzotyka” rozpuściła się w konsumpcji. Chodzi raczej o to, że jego istnienie nie jest tak bezproblemowe jak niegdyś. „Koniec świata” trzeba nieustannie tworzyć – wynika to zarówno z wszechobecności rozproszonej egzotyki, o której pisał Clifford, jak i ze zjawiska określanego mianem kompresji czasu i przestrzeni, czyli wrażenia, że świat „skurczył się”, gdyż za sprawą rozwoju technologicznego i medialnej sieci informacji ludzie na całym świecie mogą uczestniczyć w tych samych wydarzeniach.

To nie wszystko – nasz świat społeczno-kulturowy jest nie tylko skurczony i nasączony fragmentaryzowaną egzotyką; jest też ruchliwy, zmienny, płynny. Badacze współczesności w większości zgadzają się co do tego, że zglobalizowanego świata nie da się opisywać kategoriach statycznych. Bardziej adekwatne wydają im się pojęcia, wskazujące na ruch – długodystansowe kulturowe przepływy ludzi, obrazów, towarów i powstające w związku z tym transnarodowe powiązania (Hannerz 2006), czy też wielorakie mobilności, tworzące globalny świat (Urry 2009).

Kiedy Scott Lash i John Urry pisali o tym, jak przemiany życia ekonomicznego i społecznego wpływają na formy podróży, zaznaczyli, że dla określonych systemów ekonomicznych charakterystyczne są pewne formy mobilności: dla prekapitalizmu – zorganizowana eksploracja, dla liberalnego kapitalizmu – indywidualne podróże ludzi majętnych, dla rozwiniętego, zorganizowanego kapitalizmu – turystyka masowa. Obecnie, twierdzą autorzy, w globalizującym się świecie dominuje zdezorganizowany kapitalizm. Państwo i społeczeństwo obywatelskie przestały pełnić rolę organizującą systemy ekonomiczne; następuje „kres turystyki”. Nie oznacza to bynajmniej, że ludzie zaniechali podróży dla przyjemności; chodzi o to, że zaciera się wyrazistość tej aktywności: „Ludzie są turystami przez większość czasu, czy to przemieszczając się w sensie dosłownym, czy też doświadczając mobilności symulowanej za pośrednictwem niesamowitej płynności różnorodnych znaków i obrazów elektronicznych” (Lash, Urry 1994: 259). Zdezorganizowany kapitalizm wiąże się z dominacją niematerialnych form produkcji, z rozrastaniem się różnego rodzaju systemów reprezentacji. Jeśli jakaś atrakcja turystyczna sprawdza się, można tworzyć jej imitacje, coraz lepiej spełniające oczekiwania, odtwarzające fantazje w hiperrealnych kształtach (Eco 1988, Baudrillard 2009).

Jeśli ktoś dzisiaj chce wyprawić się na koniec świata, musi go najpierw skonstruować w wyobraźni z heterogenicznych znaków rozproszonych w mediach, w przestrzeni publicznej, w ofertach konsumpcyjnych; następnie koniec świata powinien usytuować w ramach własnego projektu podróży.

Idea samodzielnej podróży

Autor zamieszczonej w internecie relacji z podróży po Indiach zadał retoryczne pytanie:

[…] jak w dużej, zorganizowanej grupie poznawać ten kraj od podszewki? Jak zatopić się w tłumie i oprócz pereł architektury, parków narodowych, festiwali, zobaczyć, usłyszeć i poczuć to, czego przewodnicy nie pokazują? (Samodzielna wyprawa do Indii. Poradnik nieobiektywny”, dalej koduję ten tytuł jako PN, http://www.globtroter.pl/artykuly/1769,indie,samodzielna,wyprawa,do,indii,,,8211,,poradnik,nieobiektywny, dostęp 20.12.2015)

Zadał je po to, by tym oczywistsza wydała się odpowiedź:

Rozwiązaniem jest samodzielna podróż z plecakiem, pojedynczo lub w małej grupie. Najlepiej we dwoje. Warunek: znajomość angielskiego przynajmniej w stopniu dobrze komunikatywnym oraz perfekcyjne przygotowanie do podróży. W nagrodę dostaje się moc wrażeń przy relatywnie niskich kosztach. Oczywiście, jeśli nie jesteśmy zbyt wybredni i przygotowani na nie lada wyzwania. Tego rodzaju turystów nazywa się w wolnym tłumaczeniu z angielskiego plecakowiczami (PN).

Autor tej wypowiedzi wie, że można inaczej – z wycieczką kupioną w polskim biurze podróży, albo też z pakietem kupionym w Indiach[3]. Jednakże te formy organizacji wyjazdu nie udostępniają tych Indii, które sobie wymarzył.

Fragment relacji, którą zamieścił na internetowym portalu podróżniczym, wykorzystam, by pokazać, co to znaczy „przygotować samodzielną wyprawę do Indii”. W założeniu autora tekst ma być jednocześnie opisem wyprawy i „poradnikiem, jak taką wyprawę przygotować i zrealizować. Poradnikiem nieobiektywnym, ponieważ reprezentującym punkt widzenia jedynie dwóch osób, chcących podzielić się swoimi doświadczeniami”. Szczegółowość tej relacji pozwala wyróżnić poszczególne etapy przygotowań. Nie twierdzę, że mamy tu do czynienia z uniwersalnym wzorcem – chodzi mi raczej o to, że opowieść ta pozwala wydobyć te elementy, które uważa się za kluczowe dla organizowania wyprawy. Poniżej w prawej kolumnie przestawiam początkowy fragment tekstu, w lewej analizuję specyfikę etapu, o którym tekst ten traktuje:

 

Relacja (PN) Etap
Najpierw Indie chodzą po głowie. Pomysł jeszcze niedojrzały – nie ma kiedy, nie ma za co, chciałabym a boję się… Jednak idea pilnie pielęgnowana czytaniem, słuchaniem i oglądaniem relacji z wypraw, chłonięciem informacji o Indiach zakwita wreszcie decyzją: jedziemy. Pomysł i jego pielęgnowanie

Autor nie mówi wprost, skąd wziął się pomysł wyjazdu do Indii – dość wyraźnie wskazuje jednak na obszar potocznej wyobraźni. To tutaj krążą werbalne i wizualne opowieści, z których czerpać można inspiracje. Kiedy pomysł skrystalizuje się, czas codziennej rutyny zyskuje nowy aspekt, zostaje ukierunkowany w stronę przyszłej podróży. Podjęcie decyzji o wyjeździe to koniec swobodnych przechadzek po ścieżkach wyobraźni i przejście do następnego etapu .

Termin: luty 2012, czas zimowych ferii szkolnych, na Półwyspie Indyjskim pora sucha z temperaturami naszego lata – czas idealny. Ustalenie ram podróży[4]

Wybór konkretnego terminu to etap kluczowy dla realizacji projekt. Można mieć mgliste pojęcie o przestrzeni podróży; jej termin musi być konkretny.

Zaczyna się przekopywanie Internetu, aktywność na forach. Nawiązywanie kontaktów ze znajomymi znajomych, którzy właśnie wrócili. Męczenie ich pytaniami, czy bezpiecznie, jak najtaniej dolecieć, co i gdzie jeść, gdzie spać, jak się poruszać, ile co kosztuje, itd. Szukanie źródeł informacji

Zmierzając do pozyskania informacji, podróżnik zaczyna funkcjonować w społeczności „podróżujących do Indii”, którą zarazem współtworzy. Społeczność ta ma charakter sieciowy w tym sensie, w jakim używał tego pojęcia Manuel Castells (2013).

Gdy się jest już uzbrojonym w podstawowy zasób wiedzy, można zacząć działać. Ustalenie korpusu podstawowej wiedzy

Podróżnik dochodzi do wniosku, że wie tyle, ile jest konieczne, by „zacząć działać”. Ma też kompetencje potrzebne do działania – wie, jak poruszać się w internecie, ma znajomych, wśród których szuka kontaktów do innych podróżników. Kompetencje te są dla niego tak oczywiste, że nie poddaje ich refleksji.

Odwiedzając cierpliwie przez tydzień czy dwa strony internetowe różnych linii, można znaleźć ofertę przelotu w promocyjnej cenie nawet o 1 200 zł niższej. Niestety, zwykle wymaga to rezerwacji na kilka miesięcy wcześniej i trzeba się liczyć z utratą całej kwoty jeśli z jakichś powodów zrezygnujemy z wyjazdu. W związku z tym adrenalina przygody już zaczyna się wydzielać. Bilety kupujemy przez Internet, oszczędzając w ten sposób na prowizji agencji turystycznej Kupno biletów

Sprawne poruszanie się w internecie okazuje się kluczowe do tego, by zrobić kolejny krok.

Na tę wędrówkę trzeba poświęcić sporo czasu, ale zawiera ona rysy podniecającej przygody. Wymaga przemyślności oraz wytrwałości, ale w końcu prowadzi do nagrody – zakupu biletów (samodzielnego – co w tym wypadku oznacza ominięcie pośredników).

 

Postanawiamy więc zobaczyć Indie w pigułce, tak zwany Złoty Trójkąt – Delhi-Agra-Jaipur, którego zwiedzenie daje jaki taki obraz całego kraju.

 

Zarysowanie trasy

Trasa jest dopasowana do terminu – musi zmieścić się w dziesięciu dniach, jakimi dysponują podróżnicy. W tym miejscu narracji możemy mieć wrażenie, że trasa nie należy do nich – tak zwany Złoty Trójkąt to projekt tematyzacji Indii, wyraźnie zaznaczający się w sferze wyobraźni turystycznej[5]. Wykorzystują go zarówno biura podróży, jak i podróżnicy indywidualni. Podróżnicy zwykle starają się znaleźć taką formułę opowiadania, która uczyni opis przekazem wykraczającym poza to, o czym „wszyscy wiedzą” . (W tym przypadku autor już na początku relacji deklaruje, że będzie pomijał „opisy głównych atrakcji turystycznych na rzecz obrazu Indii, o którym raczej nie mówią przewodniki, ani przewodnicy, a z którym zderza się każdy turysta zwiedzający Indie bez biura podróży”.)

Za 70 zł kupujemy przewodnik Lonely Planet. Jest po angielsku ale łopatologicznie wykłada mnóstwo praktycznych informacji: adresy sprawdzonych hoteli, restauracji, kawiarni różnej klasy, biur turystycznych, skąd wziąć taksówkę, na co uważać itd. Są również pomocne mapki i sto różnych innych rad. Doprecyzowanie szczegółów programu – pomoc przewodnika

W tym momencie do współpracy w organizacji podróży zaproszony zostaje kolejny pomocnik – przewodnik. W zasadzie podróżnicy mają już podstawową wiedzę, ale Lonely Planet prezentuje ją w formie usystematyzowanej. Wydaje się, że pewne znaczenie ma jego materialność – daje to szczególnego rodzaju pewność, że ten pomocnik będzie towarzyszył w podróży i w razie czego dostarczy pomocy.

 

Dwa miesiące przed wyjazdem mamy już kompletny plan podróży Domknięcie planu podróży

Plan podróży jest gotowy na długo przed podróżą. Kompletność polega na określeniu ram podróży, wyznaczeniu trasy oraz zapewnieniu sobie pomocy w postaci usystematyzowanej wiedzy przewodnikowej.

i przez Internet kupujemy bilety na pociągi Organizacja transportu lokalnego

Kupno biletów na przejazdy wewnętrzne sprawia, że rama podróży zostaje dodatkowo usztywniona.

Wykupujemy ubezpieczenie na wypadek konieczności konsultacji lekarskiej, czy pobytu w szpitalu. Dodatkowe formalności

Jest też dość szczegółowa informacja o szczepieniach, o ekwipunku. Brak jedynie informacji o załatwianiu wizy, które zwykle pojawia się przy okazji opowieści o organizowaniu wyjazdów.

 

Zanurzenie w sieciach

Bohaterowie poprzedniego rozdziału przygotowując się do wyjazdu wykorzystali fora internetowe, znajomych (i ich znajomych), przewodnik (Lonely Planet), internet (umożliwiający zakup biletów). Skonstruowany przez nich projekt podróży miał sztywny termin i ustaloną trasę. Zakup biletów na przejazdy wewnętrzne ograniczał zakres możliwych zmian. Pozbawieni byli natomiast tego rodzaju opieki, jaką grupom zorganizowanym z założenia zapewniać powinien pilot. Pomoc szła skąd inąd, a opiekunowie i pomocnicy mieli specyficzną postać.

Ich podróż nie zaczęła się na lotnisku czy dworcu kolejowym, ale w internecie – w chwili, gdy weszli w sieć, by rozpoznać sytuację. („Zaczyna się przekopywanie internetu, aktywność na forach”). Uruchomili też sieci znajomych i w końcu stwierdzili, że dysponują już „podstawowym zasobem wiedzy”. Z tego zasobu korzystali potem w czasie podróży, niejednokrotnie wspominając przy tym swych wirtualnych towarzyszy – tych wcześniejszych, dzięki którym mogą dysponować przydatnymi informacjami, i tych, którzy przyjadą do Indii po ich:

Odbieramy bagaż i już błogosławimy doradzających nam globtroterów za radę, aby plecaki do samolotu oddawać w specjalnych workach (kupione przez Internet, 65 zł sztuka, na plecak do 80 litrów). Wory są umorusane do granic możliwości”; czy też: „Udajemy się do hotelu polecanego przez wielu polskich plecakowiczów.

Specyfika tej wiedzy polega na tym, że informacje, które się przechwyciło, można sprawdzić w praktyce, po czym od razu puścić w dalszy obieg. Relacja o własnej podróży staje się przewodnikiem dla przyszłych podróżników:

Po pierwszym dniu zaczynamy się obawiać, że przyjdzie nam tu umrzeć z głodu, bo widziane dotychczas przybytki gastronomii raczej odpychają. W końcu znajdujemy miejsce idealnie odpowiadające zaleceniom doświadczonych plecakowiczów. Wewnątrz mnóstwo tubylców. Należy unikać knajp, gdzie albo pusto albo troje białasów na krzyż.

Na poziomie narracji widać tu działanie sieci – rozumianej w sposób podsunięty przez Bruno Latoura. Latour zachęcał bowiem do tego, by zwracać uwagę nie na wyizolowane relacje między poszczególnymi aktorami społecznymi, ale na materialno-semiotyczne układy, powstające w trakcie interakcji. Sieci te istnieją poprzez swoje aktualizacje.

Tak właśnie dzieje się w tym przypadku: od informacji o wykorzystaniu wiedzy („znajdujemy miejsce idealnie odpowiadające zaleceniom doświadczonych plecakowiczów”) następuje przejście do tej, która skierowana jest już do następców na indyjskim szlaku (Należy unikać knajp, gdzie albo pusto albo troje białasów na krzyż). Informacja biegnie po sieci – jej bieg sieć tę tworzy i utrwala. Użytkownicy wiedzy są jej dysponentami i współtwórcami – sami też składają się na tę sieć.

Tworzenie narracji jest aktualizacją sieci. Kiedy od relacji o własnej przygodzie autor raz po raz przechodzi się do uogólnionych zaleceń, możemy przypuszczać, że zastosował się do nich i teraz przekazuje innym[6]. Czasem mimochodem wtrąca informacje o tym, że korzysta z książkowego przewodnika[7] – w ten sposób instruuje o użytkowaniu pewnych węzłów sieci, a jednocześnie umożliwia przepływ informacji – między przewodnikiem a tymi, którzy przeczytawszy relację informację tę przechwycą.

W innym miejscu autor wprost wskazuje na ten aspekt krążenia wiedzy w internetowych społecznościach podróżniczych:

Dziękując wszystkim, których zamęczałem pytaniami na tym forum i gdzie indziej planując wyjazd do Indii, zapraszam do przeczytania relacji z wyprawy, gdzie przemyciłem mnóstwo rad praktycznych. Mam nadzieję, że skorzystają z nich Ci, którzy tak jak ja przed miesiącami, organizują samodzielnie wyjazd (www.globtroter.pl/forum, dostęp 20.12.2015).

Wypowiedź ta stanowi performatywny akt przekazania dalej wiedzy, którą wcześniej zebrało się i wykorzystało.

2015-M-6-AR-F3, Lektury podróżniczki – z półki  „do przeczytania”, fot. A. Rybus

2015-M-6-AR-F3, Lektury podróżniczki – z półki „do przeczytania”, fot. A. Rybus

Biblia backpackerów

Autor bloga wspomniał, że po zapoznaniu się z podstawowymi informacjami potrzebnymi do zorganizowania podróży do Indii zakupił przewodnik wydawnictwa Lonely Planet. Książka ta oferowała mu wiedzę w postaci usystematyzowanej i skodyfikowanej.

Rola, jaką odgrywają przewodniki (zwłaszcza ten wyżej wymieniony), jest warta rozważenia – może tu bowiem chodzić o coś więcej niż tylko o pozyskanie informacji. Lonely Planet w specyficzny sposób znakuje grupę. Posiadanie przewodnika wskazuje na przynależność jego właściciela do kosmopolitycznej społeczności backpackerów; już samo jego nabycie bywa traktowane jako symboliczny akt wejścia do niej. Angielskojęzyczność tekstu wymaga od czytelników określonych kompetencji językowych; fakt ten nie pozostaje niezauważony. Pojawiające się na forach internetowych pytania o to, czy język ten jest przystępny, potrafią wywołać żywą dyskusję, a odpowiedzi wcale nie są jednoznaczne; na przykład:

Ja myślę że po kilkunastu latach nauki i kilku latach za granicą angielski znam biegle – mimo to w Lonely Planet co jakiś czas trafiam na słowa, które widzę pierwszy raz w życiu  To chyba kwestia tego, że autorzy LP lubią wstawiać slangowe wyrażenia, a do tego książki są pisane głównie przez Brytyjczyków i Australijczyków (a ja większość życia uczyłem się american English).

Za to ogólne zrozumienie sensu tych książek i podawanych informacji trudne nie jest, myślę że wystarczy znać angielski w stopniu przeciętnym. Tylko jak chcesz w pełni zrozumieć wszystkie „smaczki”, to raczej musisz być na bieżąco z „żywym” językiem (www.fly4free.pl/forum, post z 18.07.2011, dostęp 20.12.2015).

W ten sposób Lonely Planet selekcjonuje swoich użytkowników. Każdy może czerpać z niego wiedzę, ale nie każdy osiągnie z nim pełną komunikację. Pozornie demokratyczny i przyjacielski, skierowany jest do określonego rodzaju odbiorców.

O tej książce mówiła też podróżniczka, którą przedstawiłam na początku tego tekstu („Wiesz, co ja zawsze kupuję? Lonely Planet! Anglojęzyczny przede wszystkim, najnowsze wydania, bo to jest najlepszy przewodnik ze wszystkich. Polski jest opóźniony z tłumaczeniem, więc zawsze kupuję po angielsku, gdziekolwiek nie wyjeżdżam” /4-K-ttr,tz,Ti/); wspominali ją też inni podróżujący Warszawiacy. Podróżniczka, która na wyprawę do Indii wyruszyła z biurem trampingowym tak wspomina swój kontakt z Lonely Planet:

Kupiłam przewodnik Lonely Planet po Indiach, który był tak gruby, że nie zdołałam go przeczytać, więc tylko te kierunki, które mnie interesowały” (22-K-ti,ttr). W dalszym ciągu rozmowy wróciła jeszcze do tematu przewodnika, podkreślając rolę, jaką pełni on w jej obecnych podróżach, odbywanych już bez wsparcia biura turystycznego:

Jak jedziemy we dwójkę (bo teraz jeżdżę z moim mężem), to mamy zawsze przewodnik Lonely Planet, to jest na prawdę niezbędne. To jest Biblia, bez tego to jesteś jak bez ręki. Ja sobie nie wyobrażam pojechać na taki długi wyjazd gdzieś daleko, poza Europę bez Lonely Planet, bo tam jest wszystko (22-K-ti,ttr).

Podróżnicza identyfikacja, którą zyskują posiadacze Lonely Planet nie jest jednak pozbawiona pewnej ambiwalencji, co dobrze oddaje ta wypowiedź na forum powiązanym z blogiem podróżniczym:

Właśnie wróciłam z 9 miesięcznej podróży po Azji – większość czasu podróżowałam bez przewodnika (został w domu). A Lonely Planet jest ok, gdy po raz pierwszy jedziesz gdzieś samodzielnie, ale potem wydaje mi się zbędny. Wszystko, co jest opisane w LP można wyszukać w necie albo dowiedzieć się na miejscu (http://blogpodrozniczy.com/lonely-planet-rough-guide-pascal/ wpis 4 lata temu /brak dokładniejszego datowania/, dostęp 20.12.2015)

Zauważmy, że na początku autorka zaznacza swój status: dziewięciomiesięczna wyprawa sytuuje ją wysoko w hierarchii podróżniczej. W ten sposób sugeruje, że dysponuje wiedzą sprawdzoną i najbardziej aktualną (wydaje się, że wróciła przed chwilą…) Przewodnik książkowy traktowany jest przez nią jako narzędzie potrzebne jedynie początkującym – to rodzaj wspomagania pewnego mechanizmu; w miarę podróży nabywa się jednak kompetencji pozwalających funkcjonować w ramach sieci. W ostatnim zdaniu wpisu autorka bezpośrednio wskazuje na sieci, po których krążą informacje: internet oraz kontakty pozyskane w trakcie podróży.

Przewodniki z serii Lonely Planet to jednocześnie narzędzie i przejaw instytucjonalizacji podróży backpackerskich. Dostępność informacji, które podają one, a także tych, które można znaleźć w internecie, rozrastające się sieci lokalnych pośredników mediujących kontakt z lokalnymi atrakcjami, sprawiają, że podróżnicza praca przedzierania się przez świat zaczyna wydawać się odgrywaniem dość łatwej do opanowania roli. Stąd też znaczący może być gest odrzucenia kultowego przewodnika – wskazuje to na wyjście poza określoną sieć informacji.

Biblia – czy słaby węzeł sieci?

Chociaż Lonely Planet wspominany jest (przez naszych rozmówców, na forach i blogach) częściej niż inne publikacje, wskazuje się także na jego wady – takie na przykład jak szybka dezaktualizacja zawartych w nim informacji. Aktualność ma być jedną z kluczowych cech podróżniczej wiedzy. Kilka miesięcy wystarczy, by informacja trąciła nieświeżością[8]. Z tego względu przewodnik książkowy wydaje się słabym węzłem sieci – warto zatem sprawdzać nici łączące go z innymi węzłami. To właśnie czynią współcześni podróżnicy. Na pytanie rzucone na forum fly4free.pl (dostęp 20.12.2015): „Z jakich przewodników turystycznych najczęściej korzystacie i dlaczego? Jakie wydawnictwo polecacie?” w pierwszym wpisie udzielona zostaje charakterystyczna odpowiedź:

google maps + wikipedia

a do tego loney planet

Kolejny forumowicz rozwija tę odpowiedź:

O właśnie, przewodniki książkowe coraz bardziej wymiękają w porównaniu z informacjami z netu. Lubię Lonely Planet, ale najpraktyczniejsze Iphone +ściągnięta apka z danym regionem z Wikitravel. Ja bym dodał do tego różnego rodzaju fora + wiedza użytkowników .

W ten sposób użytkownicy zarysowują kolejne węzły sieci. Przekazują też sobie strategie korzystania (na przykład – jeśli telefon nie ma WiFi, można zawczasu wydrukować mapki) W tym ujęciu przewodnik to okazjonalnie aktualizowana wiązka informacji a nie konkretna rzecz[9].

Okazuje się, że dawne pojęcie przewodnika (książkowego) jest archaiczne. Wprawdzie takie przewodniki są używane, a niektóre z nich (takie jak Lonely Planet) mają wartość symboliczną, stanowiąc znak tożsamościowy. Jednakże w praktykach podróżniczych przewodnik to okazjonalnie tworzony splot informacji, pozostających ze sobą w układzie sieciowym.

Przewodnik Lonely Planet można kupować poszczególnymi rozdziałami w różnych formatach. Można skomponować z nich pozycję dopasowaną do konkretnego projektu podróży. Można tę kompozycję wydrukować lub też wgrać na dowolny nośnik – ten sam, na którym są inne potrzebne w podróży informacje – cyfrowe mapy, słowniki, książki adresowe. Można podarować komuś niepotrzebne już rozdziały, zostawić je w hotelu, lub dać komuś pliki przegrania.

W ten sposób przewodnik wpływa w sieć, rozmywa się w niej i na różne sposoby zawęźla.

Przewodnik, który zawęźlił się z mapą, GPS-em, książką adresową, słownikiem może działać równie skutecznie jak pilot z biura podróży Nie zaburza jednak poczucia wolności; wręcz przeciwnie – staje się hybrydyczną częścią podróżnika[10], pozwalając na mu na pielęgnowanie poczucia wolności i niezależności. Ten rodzaj wolności zależny jest od prądu, od zasięgu działania anten satelitarnych, od szybkości łączy internetowych. Realizuje się dzięki sprawnemu działaniu układów sieciowych.

W cytowanych przeze mnie narracjach informacje, które pozwalałyby to stwierdzić, były jedynie śladowe. W tym wypadku bogatszym źródłem okazały się obserwacje poczynione przeze mnie w trakcie różnych podróży i moja własna praktyka podróżnicza. Nie dziwiło mnie to szczególnie; spodziewałam się bowiem, że wspomaganie podróżniczej samodzielności będzie narracyjnie ukrywane.

2015-M-6-AR-F2, Półka w pokoju podróżnika, fot. A. Rybus

2015-M-6-AR-F2, Półka w pokoju podróżnika, fot. A. Rybus

Wiedza zawęźlona w książce

Podróżniczka, która przed wyjazdem do Indii kupiła „Lonely Planet” wspominała też o innych źródłach informacji:

Przeczytałam taką książkę Marzeny Filipczak „Jadę sobie”; to jest taki podręcznik dla samotnie podróżujących kobiet. Ja nie byłam samotnie podróżująca, bo byłam w grupie, ale i tak stwierdziłam, że chcę to przeczytać i przygotować się na różne ewentualności (…). Jeszcze potem kilka razy wracałam do tej książki, więc jestem na prawdę fanką Marzeny Filipczak. Z innych przygotowań: byłam też na takim spotkaniu dla podróżujących kobiet. (…) I oczywiście dzwoniłam też parę razy do tego biura podróży i pytałam, jak się przygotować. (…) Czytałam też przewodniki po Indiach, oglądałam filmy dokumentalne (22-K-ti,ttr; podkr. AW).

W aktywizowaną przez siebie sieć wiedzy rozmówczyni włącza literaturę podróżniczą, biuro turystyczne, społeczność podróżników, konsolidującą się na spotkaniach, przewodniki i filmy dokumentalne. Zatrzymam się chwilę przy literaturze podróżniczej – nie po to jednak, by analizować zawarte w niej treści. Wspomniana przez podróżniczkę książka jest niezwykle poręcznym przykładem, pokazującym sposób funkcjonowania tego rodzaju literatury. Znaczna jej część powstała w oparciu o blog, który autorka prowadziła w czasie swojej podróży. Kiedy jeden z rozdziałów rozpoczyna słowami: „Piszę z hinduskiej kafejki internetowej o wdzięcznej nazwie Internet Palace” (Filipczak 2009: 10) utwierdza nas w przekonaniu, że wszystko, co nam przekaże będzie wiedzą z pierwszej ręki – zyskaną poprzez doświadczenie i w stanie ciepłym przekazaną dalej. Druga część książki to rady dla podróżujących kobiet. Wykorzystywane są one zgodnie z intencją autorki, jak dowodzi choćby cytowany powyżej fragment rozmowy[11].

Podróżnicza wiedza splotła się z biografią podróżniczki Marzeny Filipczak i zawęźliła się w książce „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet”. Blogowy rodowód zachęca czytelników do tego, by wiedzę użytkować. Taka proweniencja informacji zawartych w książce sprawia czyni czytelników-użytkowników dysponentami tej wiedzy; czują się też oni uprawnieni do jej weryfikowania. Jeden z nich – autor bloga, na którym zamieszcza informacje o literaturze poświęconej Indiom – zamieścił w miarę pozytywną recenzję, w której jednak nadmienił:

Trochę się zdziwiłem, na przykład, kiedy wyczytałem, że Budda osiągnął oświecenie leżąc. Dla sprawdzenia przeglądnąłem trochę materiałów w internecie i wszystko zdaje się potwierdzać, że oświecenie nastąpiło podczas medytacji na siedząco pod drzewem Bodhi. (…) Na szczęście więcej takich wpadek nie zauważyłem i zdecydowaną większość obserwacji, uwag i porad dla podróżujących po Azji można uznać zwyczajnie za przydatne. Podróżowałem krótką chwilę po Indiach samotnie i mogę potwierdzić trafność uwag autorki (http://cyfranek.booklikes.com, dostęp 20.12.2015).

Charakterystyczne jest zdanie, kończące ten fragment – autor odwołuje się do własnego doświadczenia podróżniczego. To ono sprawia, że książka, pomimo niedociągnięć, których nie omieszkał wytknąć autorce, uzyskuje podróżnicze imprimatur.

O szkodliwości konkurencyjnych sieci

Przewodniki to jedno z narzędzi, dzięki którym w tubylczych światach powstają bezpieczne korytarze. Informują, gdzie warto się zatrzymać, za ile utrzymać i jak się zachować. Wskazują „dzielnice backpackerskie”, gdzie lokalność jest oswojona i gdzie można znaleźć stosowne hotele i restauracje. Rozmówczyni, która przedstawiła przewodnik „Lonely Planet” jako podróżniczą Biblię, tak opowiadała o jego zaletach:

Jak go masz, to już jesteś do przodu, bo przynajmniej wiesz mniej więcej, czego się spodziewać, jakie są mniej więcej ceny, ile co powinno kosztować, które miejsce warto zobaczyć, gdzie znaleźć hotel, gdzie są dzielnice backpakerskie, gdzie możesz znaleźć taki i w miarę dobry nocleg, więc trzeba zadbać o różne rzeczy (22-K-ti,ttr).

Szczególnie cenne dla podróżników okazują się ostrzeżenia przed niebezpieczeństwami, wynikającymi z lokalnych sposobów zarabiania na turystach. Charakterystyczny pod tym względem jest poniższy wpis na blogu. Jego autor odradzał jeden z wydawanych w Polsce przewodników jako niepraktyczny, zbyt ciężki, taki

który warto poczytać przed wyjazdem do Indii, żeby się ogólnie zorientować, dowiedzieć czegoś o zwyczajach kulturze, religiach, historii, oraz o najważniejszych atrakcjach poszczególnych regionów Indii. Jeśli ktoś wybiera sie na niezorganizowany wyjazd to najlepszym pod względem informacji praktycznych jest przewodnik Lonley Planet. Ilość informacji które mogą nam się przydać jest ogromna, i dotyczy nie tylko informacji o hotelach restauracjach i komunikacji. Można znaleźć np. informacje o formach naciągania i sposobach wyłudzania pieniędzy przez pomysłowych Hindusów podszywających się nawet za urzędników państwowych. Myślę że nie ma lepszego przewodnika dla backpakerów, niż LP (http://wycieczkadoindii.blox.pl, dostęp 20.12.2015; podkr. AW).

Przewodnik powinien tworzyć klosz ochronny, ale nie zaburzać utopii wchodzenia za kulisy. Zobaczmy, w jaki sposób to czyni – przykładem będzie charakterystyczny fragment tekstu z przewodnika po Indiach zatytułowany “The Varansai Shakedown” („Naciąganie w Waranasi”). Umieszczony w ramce, ma za zadanie przygotować przybyszy na to, co może ich spotkać w słynnym mieście:

Spośród wszystkich miast północnych Indii Waranasi i Agra mają najgorszą reputację jeśli chodzi o naprzykrzanie się, naciąganie, szalonych rikszarzy, którzy łażą za tobą wszędzie, i różne przekręty (Singh et al. 2011: 428).

W dalszym ciągu wskazuje się mniej i bardziej niebezpieczne obszary miasta, opisując konkretne niedogodności, jakie wiążą się z poruszaniem się po nich. Obnaża się lokalne strategie oszustwa, a zaraz potem wskazuje odpowiednie strategie obronne:

Bądź uważny zwłaszcza w okolicach ghatów i starego miasta, ale niech nie popsuje ci to przyjemności pobytu w Waranasi. Pierwsza rzecz po przyjeździe to zakwaterowanie – nie to, do którego będzie chciał cię zabrać rikszarz czy taksówkarz. Większość hoteli – jeśli je uprzedzisz – odbierze cię lub zorganizuje spotkanie w określonym miejscu, zadzwoń więc wcześniej, zwłaszcza gdy przybywasz po zmroku. Nie słuchaj nikogo, kto próbuje zabrać cię do „lepszego” hotelu, albo oferuje że będzie „przyjacielem” lub „przewodnikiem”. Pamiętaj, że większość hoteli w Waranasi działa na zasadzie prowizji, więc ignoruj takie nonsensy podawane przez rikszarza jak to, że twój hotel został zamknięty, że jest przepełniony, że się spalił się, jest bardzo zły, że grasują tam komary lub gangsterzy. Bądź twardy. Jeśli chodzi o hotele przy ghatach, poproś rikszarza, żeby wysadził cię przy punkcie charakterystycznym w pobliżu hotelu i przejdź dalej piechotą, gdyż pojazdy nie mogą wjeżdżać w wąskie uliczki starego miasta (to jest ta jedna prawdziwa rzecz, którą ci powiedzą!) (Singh et al. 2011: 428).

Wskazuje się też tych, którzy nie będą kłamać i naciągać, kierując do odpowiednich autoryzowanych instytucji (wiadomo bowiem, że przybysz nie odróżni prawdy od kłamstwa):

W okolicach ghatów, zostaniesz pewnie zarzucony nachalnymi ofertami naganiaczy i kierowców o ‘najtańszych i najlepszych’ wycieczkach łodziami, o organizatorach turystyki, biurach turystycznych, o sklepach z jedwabiem i o punktach wymiany pieniędzy (by wymienić tylko niektóre). Przyjmij to z humorem, ale odmawiaj większości ofert, zwłaszcza jeśli pośrednik chce zaprowadzić cię w jakieś ciemne miejsce. Autoryzowanych przewodników można wziąć z India Tourism i UP Tourism. Taniej – i bezpieczniej – jest zorganizować wycieczkę łodziami w grupie. Nie rób fotografii w miejscach przy ghatach, gdzie palą zwłoki, i odmawiaj, gdy ktoś mówi „chodź za mną, by lepiej widzieć” – będą naciskać, byś za to zapłacił, co postawi cię w niezręcznej sytuacji. (…) (Singh et al. 2011: 428).

W dalszym ciągu narracja eskaluje napięcie – przechodzi się do opisu poważniejszych niebezpieczeństw, przed którymi chronią hotelowe drzwi zamykane około godziny 22–23. Zakończenie łagodzi ten ton – odwołując się do backpackerskiej ideologii wchodzenia za kulisy i bratania z tubylcami:

Pamiętaj jednak, że nie każdy chce cię naciągnąć a spotykanie tubylców jest częścią doświadczenia – bądź pewny siebie, zachowaj dobry humor i nie popadaj w paranoję! (Singh et al. 2011: 428)

Przewodnik jest zatem sprzymierzeńcem, a jednocześnie przeciwnikiem lokalnych społeczności; udostępnia lokalną kulturę, zarazem chroniąc przed nią.

Problem polega na tym, że lokalni usługodawcy stanowią niezbywalne elementy tej samej sieci, w ramach której funkcjonuje Lonely Planet i wraz z nim tworzą tę sieć. (Dlatego właściciele hoteli podnoszą ceny, gdy tylko znajdą się na kartach przewodnika – fakt ten z niesmakiem powtarzany jest na forach i w rozmowach z podróżnikami). Oprócz tego rozwijają własne sieci: z jednej strony stanowiące odpowiedź na turystyczny popyt na taki a nie inny rodzaj atrakcji, a z drugiej – efekt ich własnych potrzeb. Użyteczne rady dla podróżników często sprowadzają się do tego, co mają robić, by pozostać w ramach sieci podróżniczej i nie dać się przechwycić przez sieć lokalną.

O potrzebie bezpiecznych korytarzy

Oczywiście przewodnik nie jest jedynym narzędziem drążenia bezpiecznych korytarzy w tubylczych światach. Drążenie dokonuje się na portalach turystycznych, na blogach. Wiele informacji dotyczy strategii unikania sytuacji, w których podróżnik wpada w sidła lokalnej ekonomii, nastawionej na turystykę.

W cytowanym wcześniej „Poradniku nieobiektywnym” czytamy: „Opuszczamy stację i tu dopiero witają nas prawdziwe Indie. Bez wcześniejszego obznajomienia się z tematem połowa turystów zrobiłaby w tym miejscu w tył zwrot, kończąc tym samym wizytę w tym kraju”(PN).

Jest to chwila, gdy wyobrażenie Indii pielęgnowane przed wyjazdem ma się skonkretyzować się w rzeczywistym kontakcie z Indiami. Indie jednak zdają się żyć własnym życiem i konkretyzacja przebiega nie tak, jak trzeba. Zestawiając dwa fragmenty – jeden, w którym autor opowiada o wyobrażeniu, i drugi, mówiący o pierwszym kontakcie – zobaczmy, na czym polega problem z przekładaniem wyobrażenia na praktykę:

 

To, co widzą w wyobrażeniu: To, co ich spotyka po przyjeździe do Indii:
Indie to niesamowity kraj. Ojczyzna jednej piątej ludności świata. Mieszanka języków, religii, bogactwa i biedoty, kolorów i zapachów oraz miejsc i sytuacji, które jednych fascynują a innych przerażają – pewne jest jedno: Indie dla nikogo nie pozostaną obojętne (PN). Proszę sobie wyobrazić chłodny, mglisty poranek, jakieś koszmarne zabudowania, hałdy śmieci, ogromne kałuże moczu beztrosko uzupełniane przez przedstawicieli złachmanionego tłumu przeważnie płci męskiej. Niektórzy potrafią nawet ekwilibrystycznie sikać na kucąco przez rozporek. Na nasz widok odrywają się pojedyncze lub zgrupowane elementy i rychle podążają ku nam pieszo, pedałowo i zmotoryzowanie. Na wyścigi przekrzykując się, oferują podwiezienie do dobrego hotelu, zorganizowanie wycieczki i sprzedaż różnorodnego badziewia. W nosie niemożliwy do wytrzymania smród brudu, rozkładających się śmieci i fekaliów z czego najmocniej kręci zapach moczu w fazie kilkudniowej, jednodniowej i sprzed chwili (PN).

 

 

Kategorie doświadczenia wypełniają się w niestosowny sposób: mieszanka języków, kolorów i zapachów (wspomniana w rubryce pierwszej) przekłada się na chaos przekrzykiwań, smrodu i brudnych barw. Doznania są różnorodne, co więcej dotyczą tych rodzajów sensualnych doznań, które zaznaczały się w wyobrażeniach, ale są nie takie jak trzeba. Wyobrażane zapachy stają się całą gamą smrodów i fetorów, wielość języków to krzyki i nawoływania. Jest jednak niewidzialny korytarz – jeśli się o tym wie, to idąc nim można korygować błędy niedobrej konkretyzacji:

Przygotowani na taką sytuację powtarzamy jak katarynka ‘Nie, dziękuję’ i raźnym krokiem, z minami jakbyśmy byli tu już sto razy udajemy się w kierunku dworca kolejowego New Delhi. Mapa jest w głowie, i pokazuje nasz cel, ulicę Main Bazaar tuż za stacją. Nie wolno wyciągnąć mapy, gdyż w oczach dziesiątek obserwatorów zostaje się od razu jeleniem do natychmiastowego ustrzelenia i nie pozwolą nawet spokojnie jej przejrzeć” (PN).

Poruszanie się po korytarzach to praktyka cielesna – trzeba wiedzieć, jak iść, patrzeć, co mówić, jakich gestów się wystrzegać. Cytowany fragment to historia nauki chodzenia korytarzem i instruktaż dla innych podróżników. W toku narracji budowla zostaje umocniona poprzez powtórzenie informacji:

W Jaipurze mamy namierzony konkretny hotel niedaleko dworca i zamierzamy tam dotrzeć samodzielnie piechotą. Mapa w głowie. Rikszarze są tu szczególnie natarczywi ale ignorujemy ich wszystkich śpiesznym krokiem opuszczając dworzec. Dopiero jakieś 200 metrów dalej udaje nam się zgubić całe hordy chcących na nas zarobić (PN).

Warto znać w tych korytarzach zakamarki, w których można schronić się przed uciążliwościami lokalnego życia. (Na przykład jeśli znudzi się nam szukanie noclegów, możemy uciec w Internet: „Wyjściem jest rezerwacja przez Internet ale tylko dla pozbycia się naganiaczy, cena utargowana na miejscu z naganiaczem jest zwykle niższa niż zabukowana bez niego”. /PN/) Podróżnicy chcą sami decydować o tym, które elementy lokalnego świata staną się częścią ich indyjskiej przygody. („No i jest adrenalina związana z niepewnością i poszukiwaniem. My z góry założyliśmy, że szukanie noclegów będzie częścią naszego poznawania tego kraju”.). Przechodzą zatem bezpiecznym korytarzem (z mapą w głowie i wzrokiem unikającym natrętów) i jeśli zechcą, wychylają się z niego, by łowić okazje hotelowe.

Korytarz można dodatkowo umocnić, na przykład zawczasu rezerwując hotele o lepszym standardzie, korzystając z taksówek opłacanych z góry; zawsze jednak istnieje niebezpieczeństwo, że lokalna sieć zna już tę strategię i umie sobie z nią radzić. Na innym blogu czytamy:

Na lotnisku na początku wydobyłem kilka tysięcy rupii z bankomatu, a później znalazłem taksówkarza, który na mnie czekał, a przynajmniej tak mi się wydawało, to był dopiero pośrednik który zaprowadził mnie do taksówki, za co wyczekiwał napiwku i za co mu dałem dolara, bo nie miałem jeszcze drobnych. Pokój na 4 noce zarezerwowałem już w Polsce w niezbyt tanim hotelu Grand Godwin, transport taksówką z lotniska też był już zapłacony i kosztował 450 rupii. (Transport rikszą kosztuje ok 250 rupii, tzn ja tyle płaciłem później jak jechałem rikszą, ale, jak już pisałem, nie umiem się za bardzo targować.) (http://wycieczkadoindii.blox.pl/html)

Podróżnik jest w Indiach i jednocześnie funkcjonuje w obszarze wielorakich globalnych przepływów (dlatego może wyjąć pieniądze z bankomatu, dzięki temu mógł dokonać rezerwacji). Pieniądze sprawiają, że jego korytarz zostaje dodatkowo umocniony.

Zakończenie

Podróżnicy indywidualni są pozbawieni takiej opieki pilota, z jakiej korzystają turyści zorganizowani (a samą turystykę zorganizowaną nierzadko uważają za formę gorszą od tej, którą uprawiają z racji tego, że nie daje dostępu do „prawdziwego życia”[12]). Jest za to z nimi inny opiekun – powstaje okazjonalnie z fragmentów rozproszonych w sieci i zawęźla się w ucieleśnionych praktykach podróżowania.

Krążąca wiedza wpływa na sposób, w jaki podróżnicy korzystają z lokalnej przestrzeni i przestrzeń tę współtworzy. Sieć składająca się z tej wiedzy i związanych z nią praktyk istnieje w dynamicznej relacji do sieci lokalnej wiedzy i praktyk; siłą rzeczy wspiera się na jej zasobach (podróżnicy śpią w lokalnych hotelach, kupują lokalne produkty), ale jednocześnie próbuje kontrolować grę interesów.

Korzystanie z podróżniczej wiedzy to aktualizowanie określonych szlaków (bezpiecznych korytarzy wśród tubylczości), a także wcielanie pewnych praktyk chroniących przed kontaktem (wzrok unikający natrętów, mapa „w głowie”). W ten sposób turystyczny klosz, typowy dla turystyki zorganizowanej, zmienia się w sieć turystyczną.

 

Cytowana literatura

Baudrillard Jean, Symulakry i symulacja, przeł. Sławomir Królak, Sic!, Warszawa 2009.

Brown Barry, Chalmers Matthew, Tourism and mobile technology [w:] K. Kuutti, E. H. Karstem, G. Fitzapatrick, P. Dourish, K. Schmidt (red) Proceedings of the Eight European Conference on Computer –Supported Cooperative Word, 14-18 September 2003 Kulwer Academic Publishers, Helsinksi 2001.

Castells Manuel, Społeczeństwo sieci, przeł. Mirosława Marody, Kamila Pawluś, Janusz Stawiński, Sebastian Szymanowski, PWN, Warszawa 2013.

Clifford James, Kłopoty z kulturą, przeł. Ewa Dżurak, Joana Iracka, Ewa Klekot, Sławomir Sikora, Monika Sznajderman, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000.

Eco Umberto, Podróż do hiperrealności, [w:] Semiologia życia codziennego, przeł. Joanna Ugniewska, Piotr Salwa., Czytelnik, Warszawa 1998.

Filipczak Marzena Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet, Poradnia K. Warszawa 2009.

Hannerz Ulf, Powiązania transnarodowe. Kultura, ludzie, miejsca, przeł. Katarzyna Frank, Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego Kraków 2006..

Latour Bruno, Nigdy nie byliśmy nowocześni, przeł. Maciej Gdula, Oficyna Naukowa, Warszawa 2011.

Lash Scott, Urry, John, Mobility, Modernity and Place, [w:] Economies of Sings and Spaces, Sage Publications, London 1994.

Singh Sarina, Benanav Michael, Brown Lindsay, Elliott Mark, Harding Paul, Karafin Amy, Mahapatra Anirban, Mayhew Bradley, McCrohan Daniel, India, Lonely Planet 2011.

Urry, John (2009) Socjologia mobilności, przeł. Janusz Stawiński, PWN, Warszawa 2009.

Wang Youcheng, Fesenmaier Daniel R., Modeling Participation in an Online Travel Community, “Journal of Travel Research”, February 2004.

Wieczorkiewicz Anna, Przygodność mapy w globalnym świecie, http://post-turysta.pl/artykul/przygodnosc-mapy-w-globalnym-swiecie.

[1] Kodowanie wywiadów: nr wywiadu, płeć rozmówcy (M-mężczyzna; K-kobieta), rodzaj wyjazdu (tz – turystyka zorganizowana masowa; ttr turystyka trampingowa; ti turystyka indywidualna). W przypadku osób mających na swym koncie wyjazdy o różnym charakterze, symbole porządkuję poczynając od formy najczęściej uprawianej.

[2] Wywiady etnograficzne, które cytuję w tym tekście przeprowadzano w Warszawie w roku 2014 i 2015; badaczką przeprowadzającą cytowane wywiady je była Joanna Baranowska.

[3] „W realizacji marzeń zobaczenia kraju świętych krów zdecydowana większość turystów korzysta z wycieczek organizowanych przez biura podróży z ich ojczystych krajów. To najłatwiejszy i zarazem dość drogi sposób podróżowania pozwalający z pomocą profesjonalnej obsługi zwiedzić najciekawsze miejsca turystyczne, przemieszczać się wygodnymi środkami komunikacji i spać w hotelach na poziomie europejskim.
Nieco tańszym sposobem jest dotarcie do Indii we własnym zakresie i skorzystanie z usług indyjskiego biura. W tym przypadku trzeba znać język angielski albo przynajmniej „podczepić” się pod kogoś, kto tym językiem włada” (PN).

[4] Pojęcie ram podróży omawiam w tekście „Zorganizowane/niezorganizowane. Wolnościowa topika podróżowania a problem uwikłania w czas”.

[5] Więcej o tej kwestii w tekście „Zorganizowane/niezorganizowane. Wolnościowa topika podróżowania a problem uwikłania w czas” napisanym w ramach niniejszego modułu.

[6] Np.:„ Naprzykrzające się dzieci proszące o datki (Najlepszym sposobem na dzieciaki jest mówienie do nich po polsku. Danie pieniędzy, czy kupienie czegokolwiek problemu nie rozwiązuje, ponieważ ich oferta nigdy się nie kończy.) (PN)

[7] Na przykład: „W Waranasi jest mnóstwo świątyń, ale nas zainteresowała świątynia poświęcona Sziwie, zwana czasami Złotą Świątynią z powodu 800 kg złota użytego na zdobienia. Z przewodnika wiemy, że ze względu na napięcia społeczne świątynia jest mocno obstawiona wojskiem i jest małe prawdopodobieństwo, że do środka wpuszczą kogoś poza hinduistami. Warto jednak zwiedzić chociażby dziedziniec” (PN; podkr. AW)

[8]Zob. wpis na forum: „Ja sobie bardziej cenię Rough Guides od LP, korzystałem z nich wiele razy w Azji i sprawdzały się bardzo dobrze, z zastrzeżeniem oczywiście, że informacje podawane w przewodnikach (jakichkolwiek) warto weryfikować w internecie zwł. w przypadku wydań starszych niż kilka m-c.)” (Marek2011, www.fly4free.pl; wpis z 15.09.2012; dostęp 20.12.2015)

[9] W podobnej perspektywie ująć można mapę. Pisałam o tym dokładniej w tekście „Przygodność mapy w globalnym świecie”.

[10] Dokładniej omawiałam tę kwestię w tekście „Przygodność mapy w globalnym świecie”

[11]Zob. także: „Obszerna część praktyczna, pisana głównie z myślą o podróżujących samotnie kobietach jest rzeczywiście pomocna w znalezieniu sie w typowych sytuacjach, w jakie pakują się podróżujący „budżetowcy”, i to nie tylko kobiety. Obyci z terenem rozpoznają sie łatwo w opisywanych sytuacjach, ale dla tych dopiero planujących ostrzeżenie – przeczytanie jej zdecydowanie osłabi tak ważne ‘pierwsze wrażenie’” (www.travelbit.pl/forum, wpis z 29.11.2009, dostęp 20.12.2015).

[12] Zob. tekst „Zorganiozwane/niezorganizowane. Wolościowa topika podróżowania a problem uwikłania w czas”.

Autorka:

prof. Anna Wieczorkiewicz
Koordynator Modułu VI, badacz

Adjustacja techniczna

dr Karolina Dudek

Opublikowane w:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seven − 5 =