Tworzenie relacji na odległość

Materialność, dom i komunikacja w rodzinach migrantów zarobkowych we wsi Zaława i Cukrówka

Fot. Rożek Pola, Zaława, 07-2014, Zdjęcia-pocztówki rodzin, w których któryś z członków wyjeżdża/ł zarobkowo za granicę

Julia Szawiel

Tworzenie relacji na odległość. Materialność, dom i komunikacja w rodzinach migrantów zarobkowych we wsi Zaława i Cukrówka

Jak zauważają mieszkańcy wsi Zaława i Cukrówka niedaleko Szydłowca, ciężko byłoby tam wskazać choćby jeden dom, którego żaden mieszkaniec nie wyjechał nigdy za granicę. Migracje zarobkowe są jednym z głównych motorów napędzających rodzinne ekonomie wobec utrzymującego się w regionie od lat wysokiego poziomu bezrobocia. Ich konsekwencją jest powszechne doświadczenie życia w relacji na odległość, które toczy się za pośrednictwem transferów pieniędzy, dóbr i informacji wymienianych dzięki dostępnym mediom. Niniejszy tekst poświęcony jest tej wielorakiej, nieformalnej wymianie na odległość, wytwarzającej też nowe wzorce zachowań i nowe taktyki codzienności.

Obszar badań, kluczowe pojęcia i metody badawcze

Migracje na tych terenach trwają, zgodnie z relacjami moich rozmówców, już od lat 70. ubiegłego stulecia. To skłania do potraktowania rodziny migracyjnej jako modelu w pewnym sensie typowego dla tego terenu, zwłaszcza że w obrębie tych samych rodzin migrują często kolejne pokolenia, zaś przez samych mieszkańców rodziny transnarodowe nie są uważane za nic niezwykłego. Zgłębiając ten temat, skoncentrowałam się głównie na narracjach kobiet, które najczęściej są lub były stroną pozostającą w rodzinnej wsi. W zgodzie z propozycją etnografii wielostanowiskowej George’a Marcusa (1995) postanowiłam jednak ukazać także narracje innych osób, które w różny sposób zetknęły się z doświadczeniem migracji. Wiadomo bowiem, że migracja jednego z członków jest czymś, co wpływa na całą wspólnotę rodzinną.

Zebrany przeze mnie materiał odzwierciedla więc doświadczenia obojga płci i trzech pokoleń mieszkańców Załawy i Cukrówki, jest cichą, oddolną kreacją wzorców komunikacji i zarządzania emocjami, sposobami organizowania i wyposażania w sens tego, co materialne. W artykule tym prezentuję zebrane materiały poświęcone problemowi komunikacji rodzinnej zapośredniczonej przez kolejno pojawiające się w życiu mieszkańców Załawy i Cukrówki media: listy, telefony i Internet, oraz nowe statusy materialności związane z budową migranckich domów oraz wysyłaniem do domu paczek z różnego rodzaju dobrami. Jest to bardzo istotny element codziennego życia moich rozmówców, narzędzie służące podtrzymywaniu i odtwarzaniu relacji rodzinnych.

W części, w której skupiłam się na tym, jak moi rozmówcy opowiadali o użyciu zmieniających się technologii (i na jakie, często nieoczekiwane przeze mnie sposoby potrafili je wykorzystywać), posługuję się głównie pojęciem rytuału komunikacyjnego (Rothenbuhler 2003), a moje wnioski wpisują się też w ramy McLuhanowskiego klasycznego już spostrzeżenia, że środek przekazu sam jest przekazem (McLuhan 2004:  39). Media, takie jak telefon i zwłaszcza Internet, a także przekazy materialne, inwestycje finansowe i budowanie domów dzięki pracy za granicą są w naukach o migracji interpretowane w kategoriach popularnego obecnie pojęcia „transnarodowość”. Za Alejandro Portesem uznaję ją raczej za perspektywę niż teorię (zob. Elrick 2009: 28). Większość studiów wykorzystujących perspektywę transnarodową dotyczy oddolnych praktyk tworzenia kultury w warunkach migracji (transnationality from below), w tym praktyk rodzinnych. Badacze posługujący się pojęciem rodziny transnarodowej podkreślają, że pozwala ono uchwycić procesy typowe dla podwójnego życia, symultanicznej przynależności migrantów i ich rodzin do wielu ośrodków naraz oraz połączenia światów geograficznie odległych w jedną, sprzężoną rzeczywistość (Levitt 2001). Innymi słowy, transnarodowość kieruje uwagę w stronę relacyjności i rozmaitych przepływów ponad granicami państw narodowych. Pozwala też postawić pytanie, czym jest w takiej sytuacji przestrzeń społeczna (Elrick 2009: 28–29). Istotne w interpretacji zebranego przeze mnie materiału jest także pojęcie odroczonej konsumpcji, na które powołuje się Izabella Bukraba-Rylska (2007: 25–26), pisząc o typowych cechach polskiej migracji ze wsi, charakteryzujących ją niezmiennie od XIX wieku. Polega ona na skrajnej oszczędności w fazie życia za granicą i inwestowaniu wszystkich zdobytych środków w Polsce. Choć jest to pojęcie odnoszące się do ekonomii, rzutuje na wybór metod i na częstotliwość komunikacji, która obarczona jest kosztami.

Moje badania miały charakter etnograficzny. Podstawową metodą były wywiady pogłębione, w o wiele mniejszym stopniu wykorzystałam obserwację uczestniczącą. W ograniczonym stopniu włączyłam także metodę etnoanimacyjną, w ramach projektu „Portrety rodzinne”. Zgodnie z logiką etnoanimacji każde działanie twórcze wyrasta z dobrego zakorzenienia w terenie i pewnej zażyłości z rozmówcami (Plińska, Rakowski 2010). Zaprosiłam do projektu większość rozmówców, jednak – jakby na potwierdzenie owej logiki – propozycję przyjęli ci, z którymi rozmawiało mi się najswobodniej. Od początku chciałam posłużyć się fotografią jako narzędziem i zaproponować projekt odnoszący się do tematyki moich badań, a zatem migracji i relacji na odległość. Z uwagi na charakter badań jasne było także to, że projekt powinien być kameralny – moje rozmowy dotyczyły w dużej mierze sfery osobistej i nie wyobrażałam sobie, aby moi rozmówcy zechcieli wziąć wspólnie udział w jakimś grupowym wydarzeniu. Po konsultacjach ze współtwórcami metody – animatorami Polą Rożek oraz Dorotą i Pawłem Ogrodzkimi – zdecydowałam się namówić moich rozmówców na serię portretów rodzinnych, z których po wywołaniu zrobiłam pocztówki – nawiązujące do formy listu i rozłąki związanej z wyjazdami.

Mimo, że mój projekt był bardzo „miękkim” działaniem, nie odbiegającym pozornie zbyt daleko od typowej działalności fotografującego etnografa, w jego trakcie nastąpiły interakcje nieco odmienne od tych, których zwykle doznawałam w terenie. Ponieważ rozmówcy byli uprzedzeni o tym, że przyjdę do nich z fotografem na sesję zdjęciową, a portrety były pozowane, w niektórych domach towarzyszyła temu aura pewnej uroczystości. Obecność animatora lub kilkorga towarzyszących mi animatorów prowokowała czasem do dodatkowych rozmów na temat realiów życia w Załawie i Cukrówce oraz za granicą. Sama sytuacja fotografowania wywołała też ważne badawczo momenty – np. jedna z rozmówczyń, żona mężczyzny pracującego za granicą w charakterze murarza, pozując do portretu, zrobiła na swojej twarzy ślad pyłu węglowego, by podkreślić, że dawniejsze męskie obowiązki palenia w piecu należą teraz do niej i radzi sobie z tym dobrze. Rozmawialiśmy też często o nieobecnych z powodu wyjazdu członkach rodziny. Ponieważ było nas kilkoro, gospodarze sadzali nas często za stołem, a spotkanie, nim przystąpiliśmy do fotografowania, przeradzało się w ugaszczanie nas herbatą. Kiedy podczas kolejnego wyjazdu przynosiłam rozmówcom już wywołane zdjęcia, było to powodem kolejnych, zawsze miłych dla obu stron spotkań. Wielu rozmówców wyrażało wówczas chęć wysłania pocztówek swoim bliskim.

W przypadku moich badań projekt etnoanimacji nie nadał procesowi badawczemu wyraźnie nowego przebiegu, przyczynił się jednak do umocnienia przyjaznych relacji z rozmówcami, a jego efekty niewątpliwie przyjmowali oni jako miłe pamiątki z naszych spotkań. Podsumowując – uznaję duży potencjał metody etnoanimacyjnej, zarówno jako sposobu dobrego „bycia w terenie”, jak i narzędzia zdobywania wiedzy. Jednocześnie uważam, że swoboda animatora kultury niekoniecznie jest tym, co wynosi z uczelni klasycznie kształcony etnolog.

Lokalne formy komunikowania się na odległość: od przekazu pieniężnego do romantycznej epistolografii

Narracje zaprezentowane poniżej dotyczą wspomnień związanych z użytkowaniem różnych mediów. Materiał uporządkowany jest chronologicznie, poczynając od najstarszego spośród nich – epistolografii. Taka jego ekspozycja pozwala na wykazanie, w jaki sposób zmiana technologii pociąga za sobą zmianę niektórych funkcji komunikacyjnych i możliwość nadawania przez rozmówców różnych znaczeń samym aktom komunikacyjnym.

Aż do późnych lat 90. moi rozmówcy komunikowali się ze swymi partnerami głównie listownie. Szybkość poczty umożliwiała wymianę dwóch-trzech listów miesięcznie w przypadku korespondencji na terenie Europy. Specyfika wymiany listownej i rytm przez nią narzucony wspominane są ambiwalentnie – niektórzy rozmówcy mówią o listach ciepło, wręcz z rozrzewnieniem, jako o szczególnie wyczekiwanych:

Badaczka: Zachowali państwo te listy?

Kobieta: No nie, ja mam gdzieś, oczywiście, tak! No pewnie…

Mężczyzna: Ale ty masz moje, a ja twoich nie mam…

K: No a gdzie ty miałeś to trzymać, ja, ja mam!

M: Cholera. Szkoda że ja twoich nie mam.

K: Ho! Tyle lat temu…

M: Fajnie no, czeka się na listy jak w wojsku! W wojsku też: od mamy list czekam, co tam się dzieje.

K: Miałam radość, na wszystkie listy.

Z drugiej jednak strony to wyczekiwanie, zwłaszcza we wspomnieniach starszych rozmówców, wiązało się z niepokojem i niepewnością. Inna rozmówczyni, której mąż dwa lata spędził w Stanach Zjednoczonych, wspomina korespondencję z mężem następująco:

R: No trzeba było długo czekać. Ponad miesiąc to w jedną stronę szedł list. To jak ja napisałam, szedł miesiąc, i jak on napisał, to było 2 miesiące no [śmiech]

B: I tak się czekało?

R: I tak się czekało na odpowiedź no, i człowiek był taki smutny.

Tak odmienne emocje rozmówców wobec listów mogą wynikać z różnych okresów, na które przypadły ich rozstania – podczas gdy pierwszy cytat dotyczy okresu przełomu ustrojowego i późnych lat 80., wspomnienia zawarte w drugim sięgają stanu wojennego i przedstawiają się znacznie bardziej dramatycznie. Nie bez znaczenia jest tu też zapewne fakt, że w okresie PRL listy często ginęły –zanim wprowadzono usługę przekazu pieniężnego, prywatną korespondencję próbowano wykorzystywać do przekazywania gotówki, o czym niewątpliwie wiedziały organy kontrolne.

Próby przemycenia pieniędzy w listach zapisały się silnie we wspomnieniach starszych osób, przy czym aby zrozumieć w pełni sens tego procederu, warto uświadomić sobie po pierwsze, że pieniądze były głównym, zobiektywizowanym powodem rozłąki i przesyłanie ich stanowiło niejako dowód sensowności ponoszonych po obu stronach trudów, po drugie że wysyłano je, wiedząc, iż mogą nie dotrzeć, po trzecie zaś, że zazwyczaj… nie były wydawane, a przynajmniej nie natychmiast, „ale ja te pieniundze to trzymałam, nawet jak on przyjechał, nie traciłam tych pieniędzy, ja wiem, człowiek nie był taki pewny…”.

Fot. Szawiel Julia, Zaława, 05-2014, Klisza, w której przesyłano w liście pieniądze z zagranicy

Fot. Szawiel Julia, Zaława, 05-2014, Klisza, w której przesyłano w liście pieniądze z zagranicy

Powtarzające się deklaracje o oszczędzaniu pieniędzy z zagranicy mogą zastanawiać, nawet biorąc pod uwagę trudne warunki ekonomiczne lat 80., wymuszające bardzo przemyślane gospodarowanie finansami, i lęk związany z kryzysem politycznym w kraju. Można tu sięgnąć do spostrzeżenia Bukraby-Rylskiej (2007: 25–26), która taki model odroczonej konsumpcji uważa za reprezentatywny dla polskiej migracji ze wsi. Jeśli jednak przyjąć taką interpretację, to wciąż skłania do namysłu ogromne ryzyko utraty środków w wyniku kradzieży, jakie decydowali się ponosić pracujący za granicą, wysyłając pieniądze w ten sposób. Owe decyzje stają się jednak bardziej zrozumiałe, gdy listowne przekazy pieniężne zinterpretujemy jako zachowania tyleż o charakterze ekonomicznym, co symbolicznym i emocjonalnym, przy czym dwa ostatnie aspekty pozostają jednak niewyrażone bezpośrednio przez rozmówców, zaś często komunikuje się je za pośrednictwem kategorii ekonomicznych. Dobrze oddaje to sposób, w jaki moje pytanie dotyczące emocji związanych z korespondencją zostało zinterpretowane przez moją rozmówczynię:

B: Czekało się na te listy?

R: Czekało się, no te listy, nie traciło się tego, co było w listach, bo wiadomo, nie, no ale, no nie sposób było stracić tak w ciągu miesiąca tego tam…

B: Ale jak to stracić?

R: No stracić tak jak pani mówi, że może jak problemy są takie międzymałżeńskie, że mąż przesyła a żona tańczy, nie? [śmiech].

Jak wynika z tej wypowiedzi, gospodarność i oszczędność są według mojej rozmówczyni wyrazem lojalności wobec pracującego za granicą męża, zaś czekanie na listy łączy ona w pierwszym skojarzeniu z czekaniem na schowane w nich pieniądze, a nie – tak jak zakładałam, zadając to pytanie, na samą treść wiadomości. Gdy więc w opowieściach z okresu PRL-u temat epistolografii zdominowany jest przez kwestię przekazywania i oszczędzania pieniędzy, a sam list jest przedstawiany głównie jako narzędzie dość rzadkiej i rzeczowej wymiany informacji między małżonkami oraz Rothenbuhlerowski rytuał komunikacyjny, który potwierdza trwający porządek świata, to listy z okresu przełomu ustrojowego wspominane są czasem jako medium „romantyczne”, istotne także ze względu na formę i treści:

K: I to te listy były naprawdę długie!

M: I to były listy naprawdę długie, no. Może moje nie były tak długie, moja żona… ładnie pisze. Ładnie układa zdania, fajnie się czyta…

K: Fajne to było! Mimo wszystko, bo tak przez telefon to tak, nie wiadomo, co tam na myśl przychodzi, a tutaj to tak troszkę i stylistycznie, i logicznie, nie, trzeba to wszystko poskładać do kupy.

List jest przez tych rozmówców rozpoznany jako forma literacka, a jego ręczne pisanie i długi czas oczekiwania na pocztę wprowadzają do komunikacji partnerskiej więcej samokontroli w zakresie formy komunikatu. Przez to jest też jednak pamiętany przez niektórych jako medium wymagające:

(…) i na przykład P. jeszcze do tej pory opowiada, że on najbardziej to bał się tych listów, bo bał się, że zrobi jakieś tam błędy ortograficzne. (…) Ale no to te listy, i mam te listy do tej pory… Moje to właśnie były takie no, takie romantyczne bardzo, a u niego takie rzeczowe, praktyczne: a dzisiaj to zrobiłem to i to, a jutro to i to, a u mnie gwiazdy, księżyc, deszcz [śmiech].

Zróżnicowanie narracji z PRL-u i z okresu okołotransformacyjnego pozwala się zastanawiać, czy nie zachodzi zależność pomiędzy zmieniającą się funkcją listu, który przestał być przekazem pieniężnym, a stosunkiem rozmówców do samego medium, który znajduje wyraz w używanym przez nich języku. Dla rzetelności należy jednak dodać, że ważną zmienną może tu być również wykształcenie – moi rozmówcy średniego pokolenia w większości ukończyli wyższe studia, podczas gdy starsi spośród nich posiadali wykształcenie podstawowe lub zawodowe. Narracje drugiego typu są bardziej emocjonalne i więcej uwagi poświęca się w nich treściom, choć niewątpliwie, tak jak we wcześniejszych okresach, główną deklarowaną tematyką korespondencji pozostają sprawy bieżące: relacjonuje się wydarzenia ostatnich tygodni, retrospektywnie rekonstruuje się dla partnera przeżywaną osobno codzienność. Nietrudno więc pojąć, dlaczego wymiany listów wraz z rosnącą dostępnością telefonów stawały się coraz rzadsze – nie spotkałam w Załawie i Cukrówce nikogo, kto by je pisał obecnie lub w ostatnich latach.

Telefony, komórki i Skype. Przyspieszenie informacji, rozszczepienie czasu, przestrzeni i materii

Pierwsze telefony w okolicy Załawy i Cukrówki zaczęły pojawiać się w latach 80., początkowo dość nielicznie. Aby zatelefonować, trzeba było na ogół znaleźć chętną osobę z telefonem, umówić się na konkretną godzinę, przyjechać – nieraz do innej miejscowości lub do swego miejsca pracy – i liczyć na to, że rozmówca po drugiej stronie także dopełni tych niezbędnych formalności, co nie zawsze się udawało. Z tego względu oraz z uwagi na wysoki koszt połączeń korzystano z telefonów rzadko, a rozmowy były krótkie i niezbyt satysfakcjonujące. Z tego okresu moi rozmówcy pamiętają więc raczej cały proceder umawiania się i oczekiwania na rozmowę niż same rozmowy. Prawdziwa rewolucja komunikacyjna nastąpiła później, wraz z pojawieniem się w większości domów telefonów stacjonarnych, a następnie, w latach 90. telefonów komórkowych. Od tego momentu, jak zauważają rozmówcy, nowe media zaczęły mieć znaczny wpływ na panujący dotąd model relacji na odległość. Co oczywiste, zwiększeniu uległa częstotliwość rozmów. Wiązało się to ze zmianą sposobu wzajemnego uczestnictwa w odległych codziennościach – przestały one być swoistymi białymi plamami, stając się obiektem systematycznej, o wiele dokładniejszej, niż było to możliwe za pośrednictwem listów, rekonstrukcji poprzez wymianę bieżących informacji, która dawała znacznie większe pole wyobraźni. Owe odległe codzienności stopniowo osadzały się też w coraz większym stopniu w czasie rzeczywistym – rytm rozmów zaczął być wyznaczany przez przerwy w pracy i pory powrotu do domu osób pracujących. Z jednej strony wprowadziło to w życie na odległość pewną przewidywalność i stabilność wynikającą z owych rutynowych rozmów. Jak jednak zauważają rozmówcy, możliwość skontaktowania się z partnerem w każdej chwili, którą gwarantował telefon, nieraz prowadziła do stresujących sytuacji, kiedy okazywała się możliwością jedynie pozorną:

(…) i tak zadzwoniłam raz, drugi, trzeci, kurczę, ze 40 razy zadzwoniłam do niego i on nie odebrał. A on sobie po prostu zostawił telefon – tak mi mówił – zostawił gdzieś pod prysznicem i poszedł do domu, zapomniał tego telefonu zabrać, mogło tak być. Ale to takie człowiekowi różne myśli przychodziły do głowy, bo albo się coś stało, albo no nie wiem poznał tam kogoś…

Z powyższego cytatu wynika kilka zmian, które wniósł telefon do relacji na odległość. Po pierwsze – stał się źródłem nowych emocji, po drugie wprowadził komunikację w skomplikowaną i gęstą sieć funkcji i znaczeń, czyniąc z niej zarówno narzędzie budowania i podtrzymywania więzi, jak i narzędzie kontroli, uniezależniając od treści rozmowy sam akt skomunikowania się jako znak potwierdzający znany porządek świata. Jest on niewątpliwie McLuhanowskim „środkiem przekazu, który sam jest przekazem” (McLuhan 2004: 39), w przypadku tej rozmówczyni przekazem o fundamentalnej wadze, nie tylko głoszącym, że mąż jest zdrów i cały, ale także potwierdzającym trwałość i aktualność relacji. Akt komunikacji, któremu przypisuje się tak doniosłe znaczenia, a który obecność telefonu umożliwia, staje się w konsekwencji aktem koniecznym i silnie egzekwowanym. W związku z tym brak kontaktu lub niezgoda na rozmowę także nabierają znaczenia: mogą być manifestacją urazy i zarazem narzędziem negocjacji układu sił, nawet jeśli nie taka jest intencja nadawcy:

On ostatnio tak zamilkł, no i ja w końcu nie wiedziałam, co się dzieje, hm… i coś tam mu napisałam…(…) on potem do mnie dzwonił, ale już nie odbierałam, bo stwierdziłam, że jeżeli ktoś nie ma dla mnie czasu, no to… No i w końcu w sobotę też się obraziłam, nie pisałam nic. (…) No i potem P. wrócił z pracy, bo w sobotę też pracują krócej, bo tak normalnie to pracują po dwanaście godzin, no i napisał mi smsa, ja nic nie odpisywałam, no i w końcu zadzwonił. No i ja mówię że ten – po prostu, on pyta czy się obraziłam, ja mówię może się obraziłam, może się nie obraziłam, a może nie mam ochoty pisać. I ja mówię – ja też pisałam wczoraj jeden sms, drugi sms, odzewu żadnego nie było, więc – mówię – jak, no. No, bo – mówi – wczoraj przyszedł kolega, miał urodziny, a ja miałem telefon u góry, wyładował mi się. A, no i zapomniałeś o mnie, no to ja też mogę czasem zapomnieć nie, też czasem potrzebuję odskoczni, zapomnienia.

To, co zwraca uwagę w powyższej wypowiedzi, to koncentracja raczej na samej konwencji wymiany wiadomości – a nie na jej treści – oraz na rygorze temporalnym, w jaki konwencja ta jest wpisana. Dla mojej rozmówczyni jest istotne, aby otrzymać szybką odpowiedź na sms, jej brak interpretuje ona jako wyraz lekceważenia ze strony narzeczonego, chyba że zostanie poprzedzony stosowną zapowiedzią. Egzekwuje systematyczną komunikację poprzez nieodpisywanie na wiadomości, czym z kolei niepokoi swego partnera. Istotny jest tu więc element wiedzy na temat tego, co robi druga osoba, ale przede wszystkim fatyczna funkcja rozmowy – podtrzymanie więzi, rodzaj performatywnego odtworzenia relacji jako układu o cechach stałych.

Zwlekanie z odpowiedzią na sms czy oddzwonieniem ma też drugi, widoczny w cytacie wymiar – często jest związane z momentami i wydarzeniami o charakterze ludycznym:

Teraz też jeszcze czasem potrafię, jak tam długo się nie odzywa czy coś, bo tam czasem potrafią, no wiadomo, przyjdzie weekend to sobie grilla napalą z chłopakami, siedzą, mają tam taki taras, i na tym tarasie siedzą, grilla palą, no to jak palą grilla, no to czy jakieś piwo, czy wódka przy weekendzie, no to ja oczywiście zawsze się awanturuję o to. A jaką ja mam pewność? Ja nie mam żadnej pewności w ogóle!.

Inna z moich rozmówczyń twierdzi, że potrafi bezbłędnie rozpoznać, z jaką „intencją” jej mąż nie odbiera telefonu, interpretując jego milczenie jako celową strategię:

R: Czy tak jak mąż pije, to się człowiek bardziej denerwuje, a tam to się nie widzi… Tylko tyle że jak T. tam pije, no to znowu nie odbiera w ogóle telefonów.

B: Aha, czyli wiesz kiedy to robi!

R: Tak, właśnie po tym poznaję, że gra w karty albo pije. Nie odbiera wtedy telefonu.

B: Złościsz się wtedy?

R: Tak, czasem to już się złoszczę, wtedy na niego wybucham, a on: przecież mi się zasnęło, musisz taką awanturę robić?

Zirytowanie rozmówczyń przerwami w komunikacji można rozumieć jako brak poczucia bezpieczeństwa w związku z brakiem możliwości kontroli i nieoczekiwaną sytuacją. Świadomość tego, że milczenie partnera lub partnerki jest spowodowane rozrywką, symbolicznie wyłącza drugą osobę z uczestnictwa w odległej codzienności, z takiego jej kontekstu, który w przekonaniu wielu moich rozmówczyń powinno się dzielić, będąc z kimś w relacji uczuciowej, ponieważ chodzenie na imprezy osobno wiąże się z ryzykiem poznania innej atrakcyjnej osoby. W tym kontekście skomunikowanie się i opowiedzenie partnerowi o tym, jak spędza się ten czas, jest rodzajem symbolicznego włączenia go w przestrzeń imprezy.

Z drugiej strony telefon jawi się tu jako „przedłużenie” istoty ludzkiej – narzędzie, które ma on obowiązek mieć zawsze przy sobie i odbierać. Czas wolny pozostaje przez to przedmiotem sporów, ponieważ potencjał tkwiący w telefonie daje pozorną możliwość spędzenia go, przynajmniej częściowo, wspólnie na rozmowie, a tym samym zmusza do ciągłego dokonywania wyboru między podtrzymywaniem więzi na odległość a partycypacją w życiu „tu i teraz”. O ile w przypadku telefonów potencjał ten jest jeszcze ograniczony – ze względów finansowych nie można rozmawiać nieograniczenie długo – to wraz z pojawieniem się komunikatorów internetowych, zwłaszcza darmowego programu Skype, problem narasta:

My, no wiesz, mieliśmy taką umowę, że nie wychodzimy bez siebie. Więc wiesz, ja poszłam na jakiś koncert, on zaraz telefon, czy na pewno dotarłam do domu, kiedy wracam i tysiąc innych spraw, podczas gdy my po koncercie stwierdziliśmy, że idziemy na domówkę do mojej koleżanki. No i on taki, wiesz, średnio zadowolony, bo on na mnie czekał na Skypie, żeby ze mną porozmawiać i tak dalej, no a mnie nie było, no nie.

Umowa rozmówczyni z chłopakiem i napięcia wynikające z jej niedotrzymania trafnie ukazują wspomnianą sprzeczność tkwiącą w relacji na odległość zapośredniczonej medialnie – nowe media dają pozorną możliwość i obietnicę „relacji na żywo” z życia partnera, relacji, którą można byłoby stopić z własnym życiem „tu i teraz”. I rzeczywiście – nieraz za pośrednictwem mediów wspólna przestrzeń „rozrasta się”, wypierając przestrzeń lokalną. Owa właściwość mediów do „plenienia się” i kwestionowania tym samym tradycyjnie pojmowanej czasoprzestrzeni znajduje zresztą wyraz w opowieściach rozmówców, którzy z fenomenologiczną intuicją mówią o zapośredniczonej medialnie komunikacji , jako o niemal-obecności: „a tam później to już były telefony, to były codziennie wieczorami smsy, telefony, gadanie, to się wydawało, że to jest blisko, to już całkiem co innego, niż było wcześniej jeszcze”.

Ta niemal-obecność budzi odległe skojarzenie z sensualizmem religijnym chłopów, opisywanym przez Joannę Tokarską-Bakir (2000: 214–270). Zapośredniczonym medialnie kontaktom moich rozmówców towarzyszy uczucie żywego kontaktu z osobą, mimo że obcują z jej medialną reprezentacją. Pewna młoda kobieta, z którą rozmawiałam, przeżywała swoją ciążę i poród pod nieobecność męża, ale dostęp do telefonu pozwolił jej zanegować dzielącą ich odległość: „no mówię, nawet ten poród no to mu pisałam cały czas smsy, że już jestem w szpitalu, i tak przeżywał praktycznie wszystko razem ze mną”.

Z drugiej strony problematyczne staje się pogodzenie owej wybujałej sfery życia związanej z komunikacją z innymi czynnościami, których nie da się wykonywać razem za pośrednictwem telefonu lub internetu, a chęć lub konieczność wykonania ich dobitnie przypomina o tym, że zapośredniczona medialnie relacja nie jest tym samym, co życie we dwoje w jednym domu. Moi rozmówcy, zwłaszcza ci, których związki są na etapie narzeczeństwa, znów odwołują się tu do rozrywki i czasu wolnego, wskazując, że z wielogodzinnymi rozmowami kolidują potrzeby rozerwania się w sposób zakładający inne aktywności:

Już czasami masz tego dość, sobie myślisz: Boże, obejrzałabym sobie film, poczytałabym książkę, a on gada i gada, i Jezu, ile można, no nie? A czasami, wiesz, kiedy on właśnie tak ma, że chciałby przeczytać książkę, czy mówi, że kurczę, obejrzałbym film, (…) to sobie myślę: ale dlaczego, co się dzieje, to co, film jest ważniejszy ode mnie?! Jakieś takie głupie, no bo normalnie oglądalibyśmy ten film razem, no nie?

W życie moich rozmówców jest zatem wpisana ambiwalentna rola mediów, rozpięta między odtwarzaniem relacji, podtrzymywaniem bliskości a dystansowaniem od rzeczywistości rodzinnego kraju i formatowaniem jej do wymiaru czysto werbalnego lub audiowizualnego. W poniższym cytacie moja rozmówczyni wyraziła sprawczość urządzenia, personifikując je:

Wiesz co, czasami jest tak, że po prostu nie mogę, nie potrafię sobie z tym poradzić, i wiesz no, w nocy siedzę i płaczę, i myślę, i w ogóle, i dzwonię do niego, bo mi tak naprawdę, no wiesz… no niby jest ta rozmowa, niby rozmawiamy, niby się widzimy, no bo widzę go, prawda? Ale brakuje tego, żeby ktoś cię przytulił, żebyś z kimś sobie mogła pogadać po prostu wieczorem, tak tylko sam na sam, a nie ty, on – dwa komputery, no nie?

Komputer w tym ujęciu jest nie tylko czymś, co umożliwia kontakt, ale też czymś, co zawadza, spłaszcza go przez ominięcie wymiaru dzielenia przestrzeni i wyeliminowanie możliwości dotknięcia rozmówcy. „Formatuje” spotkanie do wymiaru audiowizualnego, który rozmówczyni odczuwa jako sensorycznie niepełny.

Dom jako materialna podstawa i symbol trwałości relacji rodzinnej

Sprawy materialne, jako bezpośredni powód rozłąki bohaterów tej pracy, odgrywają istotną rolę w budowaniu i utrzymywaniu przez nich relacji rodzinnych. Przedmioty i pieniądze przez nich wymieniane i dzielone interesowały mnie jako obiektywizacje celów, intencji, aspiracji, marzeń i kosztów pozamaterialnych ponoszonych przez moich rozmówców na rzecz wspólnego zysku. Wiele mówią one o tym, jak rozumieją oni rodzinę.

Budowa domu pojawiała się jako jedna z pierwszych odpowiedzi na moje pytanie, co było powodem podjęcia decyzji o wyjeździe zarobkowym. Posiadanie własnego domu przedstawia się jako podstawową potrzebę, wokół której koncentrują się wysiłki większości młodych rodzin. Jest to bardzo kosztowne przedsięwzięcie – nieraz oznacza ono spędzenie wielu lat za granicą, a jeszcze w latach 90. oznaczało bardzo rzadkie wizyty w rodzinnej miejscowości. Niektórzy moi rozmówcy mówili, że na dom zarabiali za granicą około siedmiu do nawet dziesięciu lat.

Domy budowane od lat 70. przypominają estetyką i architekturą wille podmiejskie, zaś nowsze domy coraz częściej budowane są w oparciu o projekty nie autorskie, lecz brane z ogólnopolskich katalogów. Nic więc dziwnego, że rozmówcy wskazują na poprawę warunków bytowych wynikającą z zamieszkania w nowym domu i przeciwstawiają takie domy starszej, niecieszącej się uznaniem, typowej dla terenów wiejskich w okolicach Szydłowca architekturze drewnianej:

Tak to jest, ale to, że jest ten wyjazd, to jest dobre rozwiązanie dla Polaka, no bo co by tu było? Ja bym mieszkała teraz może w jakimś drewniaku, który by się rozwalał, no bo tak: nie pracowałam, bo miałam małe dzieci, mąż by tam gdzieś pojechał, 1000 złotych zarobił, no i jak przeżyć z tego? Przeżyć! Nie mówiąc o tym, żeby się dorobić jakiegoś domu, jakichś warunków takich dobrych, ładnych i tak dalej.

Tak opowiada o motywacji wyjazdu swego męża moja rozmówczyni, mająca za sobą doświadczenie mieszkania w drewnianym domu bez centralnego ogrzewania i podłączenia do kanalizacji w pierwszych latach jej małżeństwa – doświadczenie zresztą wspólne dla osób urodzonych w Załawie i Cukrówce do lat 70.. Widać w tej wypowiedzi i pewien wzór genderowy powszechny w rodzinach na odległość, w którym to głównie mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie rodziny, i oczekiwania wobec domu, który nie tylko ma stanąć, ale także prezentować się godnie w panoramie wsi, być dla właścicieli powodem do dumy.

Posiadanie domu jest także gwarantem trwałości relacji rodzinnych w sytuacji długotrwałej rozłąki wywołanej przez wyjazdy – racjonalnym, zobiektywizowanym sposobem stabilizacji życia i zapewnienia sobie bezpieczeństwa emocjonalnego. Pewna kobieta wspomina o domu, kiedy mówi o swoim przekonaniu co do lojalności jej wyjeżdżającego męża: „bo wiadomo, że on jeździ po to, żeby było dla nas dobrze, żeby ze sobą być, a nie po to, żeby po prostu się rozstać po jakimś czasie. To wiadomo, że człowiek stara się sobie, dla siebie, dla dzieci, żeby potem coś, tak jak ten domek, żeby to dla naszych dzieci była jakaś przyszłość”. Ta wypowiedź bardzo wyraziście ilustruje sposób, w jaki plan emocjonalny i materialny przenikają się w opowieściach moich rozmówców o ich życiu osobistym. Rodzina jest przez nich rozumiana jako jednostka ekonomiczna, w której wszyscy członkowie pracują na wspólny cel. Akumulacja dóbr materialnych, której dom stanowi jeden z najważniejszych przykładów, jest wyrazem poświęcenia, które można analizować przez pryzmat emocjonalny, ale zarazem jest ono dążeniem do awansu społecznego poprzez wzbogacenie się i nie sposób tych planów oddzielić.

Wypowiedź tę można potraktować także jako wprowadzenie do innego ciekawego problemu związanego z budowaniem domów – tego, jak moi rozmówcy oceniają racjonalność takiego przedsięwzięcia w kontekście ponadlokalnych procesów wpływających na zamieszkiwane przez nich wsie. Jak wspominałam, nowe domy w Załawie i Cukrówce zaczęto stawiać w latach 70. i robi się to do tej pory. Już wówczas tereny te nie były wykorzystywane rolniczo, z czym zresztą wiązały się wyjazdy zagraniczne za pracą. W obliczu utraty przez wsie charakteru rolniczego oraz problemu bezrobocia, którym powiat szydłowiecki jest szczególnie dotknięty, nasilają się procesy wyludnienia: zwłaszcza młodzi ludzie wyjeżdżają – albo na studia, albo do prac sezonowych, często właśnie za granicą, albo po prostu wyjeżdżają tam na stałe. Jest to już jednak inny typ migracji – najmłodsi z moich rozmówców nie planują wracać do Załawy i Cukrówki, o zagranicy myślą jako o swojej docelowej przystani. W tej sytuacji inwestowanie przez pokolenie ich migrujących rodziców w nieruchomości na tych terenach nie przekłada się na akumulację dóbr i poprawę bytu następnych pokoleń, co zgodnie z narracjami jest jednym z głównych motorów ogromnych poświęceń ponoszonych przez moich rozmówców. Sami to zresztą zauważają:

M: Bo tak jedziesz tam, zarabiasz, zarabiasz, przyjeżdżasz tu – tracisz, no, dom budujesz, podmurówkę, znowu tam jedziesz, znowu zarabiasz, znowu tam przyjeżdżasz, i cały czas tu nie masz pracy!

K: Czemu ty krzyczysz?

M: No, pytam się: co dalej? No ileż można?! I mało tego: jakby tak człowiek był mądry, to by ten dom postawił w Warszawie albo pod Warszawą, żeby miał blisko do tej pracy, żeby se znaleźć. A on jeszcze postawi – w Cukrówce! No i tragedia się robi, no bo trzeba całe życie jeździć tam i z powrotem!

Gniew obecny w wypowiedzi mojego rozmówcy jest wprawdzie czymś wyjątkowym, jednak w wielu rozmowach powtarza się żal z powodu konieczności opuszczenia wsi przez młodych ludzi, pomimo poniesionych przez ich rodziców poświęceń i inwestycji w rodzinną posiadłość. Inny mój rozmówca podczas nienagranej rozmowy zauważył, że jego już zbudowany dom wymaga ciągłej renowacji i mimo że mężczyzna ten zdecydował się wrócić z zagranicy po dziesięciu latach, znaleziona na miejscu praca z trudem wystarcza na utrzymanie domu, co sprawia, że rozważa on ponowny wyjazd. W wielu sytuacjach załawianie i cukrówczanie stają się więc „zakładnikami” swoich posiadłości. Zwłaszcza rozmówcy średniego pokolenia, w kontekście wyjazdów swoich dzieci, niekiedy uznają, że ich decyzja o pozostaniu na wsi okazała się błędem. Kiedy w obliczu takich stwierdzeń pytałam o powody, dla których nie zdecydowali się wyjechać na stałe, moi rozmówcy wskazywali zazwyczaj dwa czynniki, które ilustruje poniższa wypowiedź:

Bo tutaj miałem swoją działkę. Po moich rodzicach. Najpierw to zamierzaliśmy jeszcze w Kowalu, tam gdzie R. mieszkała, ale jednak tutaj jakoś, bo, no tu miałem za darmo działkę, prawda, po rodzicach i tak pomyślałem sobie, tutaj dokupiłem jeszcze kawałek takiej drugiej działki, takiej samej w zasadzie. I wiedziałem że żona tutaj chce być, bo tutaj była siostra, brat jeden, drugi, tak że w rodzinie.

Jest to kolejny przykład na to, jak decyzje ekonomiczne podejmowane są w oparciu o czynniki emocjonalne – oczywiście argument o posiadanej ziemi pochodzi z porządku ekonomicznego, jednak równie ważne dla moich rozmówców zdaje się poczucie więzi z ową ziemią i z tą konkretną, rodzinną miejscowością, a także z Polską. Nie bez znaczenia jest też sprawczość kobiet. Bardzo wiele moich rozmówczyń deklarowało, że w przeciwieństwie do swych mężów nie chciały wyjechać z rodzinnej wsi. Więzi rodzinne są dla nich bardzo ważne i stanowią treść całego niemal życia społecznego. Nieoceniona jest też pomoc innych spokrewnionych kobiet w wychowywaniu dzieci, zwłaszcza pod nieobecność pracującego za granicą męża. Przywiązanie do miejsca i społecznych sieci wygrywa więc z argumentami „twardej” ekonomii. Wielu mężczyzn, z którymi rozmawiałam, wyrażało niezadowolenie z obecnej sytuacji ekonomicznej kraju i uważało, że w ich przypadku wyjazd był koniecznością, ale jednocześnie mieli nadzieję, że pokolenie ich dzieci zmieni rzeczywistość na lepsze i nie będzie musiało wyjechać:

Jeżeli chodzi o córki, to ja bym nie chciał, żeby one wyjeżdżały i szukały na takich zasadach. Co prawda ja nie szukałem pracy, bo ja miałem pracę. Ale nie chciałbym, aby jeździły i pracowały tam. Ze względu na to, że no kończycie te studia, w końcu macie to wyższe wykształcenie, w końcu macie jakieś możliwości w tym współczesnym świecie, żeby postawić ten świat na nogi.

W wypowiedzi tej odbija się zarówno spostrzeżenie Frances Pine (2014), że migracja jest często wyrazem nadziei na lepsze jutro, jak i obserwacja Izabelli Bukraby-Rylskiej (2007: 40­41), że polskiej migracji ze wsi nie motywuje chęć opuszczenia jej na stałe czy przebranżowienia się po powrocie. Przeciwnie – wyjeżdżający mężczyźni czuli, że inwestują w lepszą przyszłość swoich dzieci w kraju. Budując domy w Załawie i Cukrówce, mieli nadzieję, że przekażą je swoim potomkom. Obserwując wyludnianie się rodzinnych wsi, moi bohaterowie nie porzucają jednak optymizmu.

Fot. Szawiel Julia, Zaława, 05-2014, Pocztówki, monety, katalogi - pamiątki z emigracji zarobkowej

Fot. Szawiel Julia, Zaława, 05-2014, Pocztówki, monety, katalogi – pamiątki z emigracji zarobkowej

Podarunki i wędrówki przedmiotów

Pytałam moich rozmówców, czy przywożą prezenty z zagranicy i jakiego rodzaju są to przedmioty. Nie chcę wyciągać z moich obserwacji zbyt daleko idących wniosków, niemniej przedmioty, o których mi mówili i które niekiedy mi pokazywali, stanowią ciekawy zbiór, który można czytać jak informację o stopniu sformalizowania relacji między darczyńcą i obdarowanym. Od czasu do czasu prezenty służą manifestacji statusu, przy tym jednak rzadko są to przedmioty niefunkcjonalne.

Największą ilość otrzymanych prezentów wymieniła moja rozmówczyni, która była zaręczona, i myślę, że właśnie z tym faktem można wiązać ich liczność. Wśród prezentów znalazły się perfumy, biżuteria, książki, słodycze, a także wiele przedmiotów praktycznych: telefon komórkowy, niemieckie proszki do prania, prostownica do włosów (na moją prośbę rozmówczyni zebrała podarunki i dokonałyśmy dokumentacji fotograficznej). Moi kolejni rozmówcy, mający za sobą krótszy lub dłuższy staż małżeński, zapytani o prezenty wymieniali głównie słodycze, alkohol oraz zabawki dla dzieci i przyznawali, że nie przywiązują do podarunków specjalnej wagi, koncentrując się na wspólnym inwestowaniu w wyposażenie domu. Niekiedy prezenty małżeńskie miewają radykalnie użytkowy charakter: „wyobrażałam sobie na przykład to, że M. [śmiech] nie wiem, przyjedzie, będzie romantyczny na przykład, a on mi przywozi jako prezent gumowce!”.

Rzadziej słyszałam o ofiarowaniu komuś rzeczy o charakterze dóbr luksusowych:

R: (…) o właśnie wieżę mu raz kupiłam, to był zadowolony, szczęśliwy, to przyjechał to gorzej jak dziecko, praktycznie zabawka, dwie godziny i tą zabawką się bawi.

DO: Ale wziąć nie wziął, prawda, prawdopodobnie nie miał jak za bardzo?

R: Nie nie, bo to do domu…Było z myślą do domu tylko żeby kupić.

Oba powyższe przykłady potwierdzają pragmatyczne podejście moich rozmówców do wymiany prezentów. Potwierdza się tu także szczególne znaczenie przestrzeni domu: w obu przypadkach prezenty zostały podarowane z myślą o tym, że będą przechowywane i użytkowane właśnie tam. Szczególnie przykład wieży, której mąż rozmówczyni nie może zabrać za granicę, gdzie mieszka w wieloosobowym pokoju, jest znaczący: fakt otrzymania tego przedmiotu sprawił obdarowanemu radość, mimo braku fizycznej możliwości korzystania z niego. Kupowanie sobie nawzajem prezentów „do domu” zdradza też, że mimo fizycznej nieobecności jednego z partnerów oboje swoją najważniejszą przestrzeń życiową utożsamiają z tym miejscem i czują się do niego przynależni (por. Levitt, Schiller 2004: 1003).

Najstarsi z moich rozmówców, którzy wyjeżdżali jeszcze za czasów PRL-u, potrafili ze szczegółami wspominać prezenty otrzymane ponad trzydzieści lat wcześniej. Ich żywa pamięć o tych przedmiotach świadczyć może o tym, jak zmienił się stan posiadania i stosunek do przedmiotów, których transfer był w PRL-u rzadszy i trudniejszy. Tak moja rozmówczyni opowiadała mi o przesyłkach od swego męża, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych tuż przed wybuchem stanu wojennego:

Tak, ale pamiętam taką rzecz, że nie było chyba smalcu, to mi przysłał, raz to mi przysłał jakąś konserwę (…). Przywiózł, przywiózł, przywiózł mi, przywiózł mi kożuch. Córce przywiózł kożuch i mnie przywiózł kożuch, o taki o, na zimę. No i tam trochę przywiózł jakichś materiałów, to sobie uszyłam sukienkę, to córce… Ale to już nie ma nic [śmiech](…) O, karakuły mi też przywiózł, takie krótkie futerko, to jeszcze mam te futerko. Już takie niby, zniszczone jest… Pokazać pani?

Jak widać, dawane i otrzymywane przez moich rozmówców prezenty nie zmieniły się bardzo na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Są to albo miłe, lecz funkcjonalne drobiazgi, albo bardziej kosztowne rzeczy o dużej trwałości, ale też o praktycznym zastosowaniu, takie jak odzież czy sprzęt elektroniczny. Potwierdza to założenie, że rodziny załawskie i cukrowskie pełnią funkcję jednostek ekonomicznych, ich członkowie są zorientowani na wspólne pomnażanie dóbr i inwestowanie bardziej niż na obdarowywanie się przedmiotami nieprzynoszącymi konkretnego pożytku i konsumują w sposób nastawiony raczej na zyski wspólnotowe niż indywidualną przyjemność.

Odwrotnością prezentów są przedmioty zabierane ze sobą w drogę przez wyjeżdżających. Jest to głównie żywność – zabiera się to, co może obniżyć koszt życia za granicą, i to, co się lubi, a nie jest tam dostępne. To, co moi rozmówcy z sobą zabierali, zależało oczywiście od rodzaju transportu – samolot wyklucza przewiezienie dużej ilości bagażu, podczas gdy podróż samochodem lub autokarem sprzyja okazałym „wałówkom”. Zabiera się biały chleb, zamrożone kotlety, a także wszelkie „używki”: wódkę, piwo, papierosy. Zdaje się to potwierdzać tezę o odroczonej konsumpcji (Romaniszyn 2007: 11) jako typowej strategii polskich migrantów ze wsi.

Podsumowanie

Załawskie i cukrowskie rodziny migranckie, które zbadałam, funkcjonują na co dzień zgodnie z dość tradycyjnym modelem migracji cyklicznej i  wahadłowej, opisywanym w literaturze przedmiotu jako typowy dla polskich rodzin wiejskich. Cechy opisywane przez Bukrabę-Rylską (2007: 25–26) jako typowe są następujące: wyjeżdżają głównie mężczyźni, po to aby zapewnić swojej rodzinie lepszy byt, i w założeniu wyjazd lub wyjazdy są zawsze tymczasowe. Co prawda założenia i rzeczywistość w wielu wypadkach nie są zbieżne, a bohaterowie tej pracy potrafią spędzić całe lata za granicą, ciężko pracując fizycznie i redukując swoje życie bieżące do pracy zawodowej, co Krystyna Romaniszyn (2007: 11) określa mianem konsumpcji odroczonej. Zawsze jednak towarzyszy im nadzieja, że „dorobią się” i wrócą, aby korzystać wraz z bliskimi z osiągniętego dobrobytu. Są przywiązani do swoich miejscowości, które także w czasie wyjazdów pozostają dla nich głównym punktem odniesienia i w których materializują się ich wysiłki i inwestycje. Stąd jestem skłonna zgodzić się z interpretacją Frances Pine (2014), że mimo trendów depopulacyjnych ogarniających Załawę i Cukrówkę, migracja moich rozmówców jest wyrazem nadziei na lepszą przyszłość.

Kobiety, z którymi rozmawiałam, pozostają w rodzinnej wsi i opiekują się dziećmi oraz domem. Dom jest z jednej strony materialnym zabezpieczeniem bytu, z drugiej – symbolicznie pojmowanym miejscem wspólnym, z którym utożsamiają się wszyscy domownicy, także ci przez większość czasu w nim nieobecni. Z trzeciej strony z kolei jego utrzymanie to swoiste tworzenie „pomnika”, przypominającego o poświęceniu żywiciela rodziny i inwestycji na przyszłość, którą moi rozmówcy mimo niesprzyjających trendów globalnych wciąż wiążą z tym miejscem. Moje rozmówczynie, mimo że obiektywnie są zależne finansowo od mężów lub partnerów, postrzegają siebie jako osoby o dużej sprawczości, co wyrażają poprzez odwoływanie się do ofiarności i poświęcenia swych mężów, podkreślanie, że to one zarządzają budżetem i gospodarstwem, mają dobre relacje z dziećmi i doskonale radzą sobie w codziennym funkcjonowaniu w pojedynkę. Mniej chętnie one i ich mężowie opowiadali mi o wadach swojej sytuacji życiowej, choć i tu pojawiło się kilka znaczących wątków.

Osoby zaangażowane w życie na odległość przyznają, że nastręcza ono emocjonalnych napięć w życiu partnerskim i rozterek związanych z wychowywaniem dzieci. Okresy nieobecności mężczyzn skróciły się wprawdzie wraz ze zwiększeniem się możliwości wyjazdu po przemianie ustrojowej, a w największym stopniu po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, jednak niezależnie od tego, czy wyjazd w danej rodzinie był jednorazową, dłuższą rozłąką, czy też powtarza się cyklicznie, towarzyszą mu podobne opowieści o początkowym zakłopotaniu i wzajemnym poczuciu obcości po powrocie. Dawniej do kosztów emocjonalnych ponoszonych przez mężczyzn należała też utrata kontaktu z ich dziećmi, które po powrocie często ich nie pamiętały. Ta sytuacja uległa jednak poprawie wraz z upowszechnieniem się Internetu i programu Skype, który umożliwia rozmowę na zasadzie wideofonu. Dzięki temu oraz dostępności telefonów komórkowych komunikacja między członkami rodzin, która w latach 70. i 80. ograniczała się do listów wysyłanych raz na kilka miesięcy, przekształciła się w codzienną wymianę komunikatów i daje moim rozmówcom poczucie, że ich życie toczy się niemal tak, jakby byli wszyscy razem. Pozwala też obu stronom na większą świadomość codziennych aktywności współmałżonków, a co za tym idzie, większą wzajemną kontrolę. Regularny kontakt telefoniczny i internetowy, prócz kontroli, ma jeszcze dwie funkcje – jedną jest oczywiście wymiana informacji między członkami rodzin. Drugą można nazwać za Erikiem Rothenbuhlerem rytuałem komunikacyjnym, który „ściślej wiąże się z wykonaniem niż z informacją” (Rothenbuhler 2006: 40), służąc podtrzymaniu relacji za pomocą codziennych wymian telefonów i wiadomości. Załamanie ciągłości tych wymian prowadzi do napięć emocjonalnych i sporów, w których milczenie jednej ze stron można traktować jako karę i wyraz urazy spowodowanej złamaniem niepisanej zasady ciągłej wymiany treści. Znajduje tu potwierdzenie teoria mediów Marshalla McLuhana, który zauważa, że „środek jest przekazem. Innymi słowy, indywidualne i społeczne konsekwencje każdego środka – to znaczy każdego «przedłużenia» nas samych, wynikają z nowych proporcji, wprowadzonych w nasze życie za pośrednictwem każdej nowej formy «przedłużenia»”. (McLuhan 2004: 212). Można przyjąć, że w znacznym stopniu forma i treść komunikacji między partnerami zależy od wykorzystywanych przez nich mediów. Na przykład tradycyjna poczta w okresie wczesnego PRL-u aż do końca stanu wojennego służyła niektórym moim rozmówcom do dostarczania nielegalnych przekazów pieniężnych i ta jej funkcja zdominowała wspomnienia tych rozmówców, pomimo iż w listach wymieniano także informacje dotyczące spraw codziennych. Nie sposób też nie zauważyć, że wiele wypowiedzi, w których wyrażone zostały emocje związane z rozłąką, pokrywa się z tymi, które dotyczą ery przyspieszenia obrotu informacji, czyli pojawienia się telefonów komórkowych, a następnie Internetu. Możliwość częstego i regularnego kontaktowania się zrodziła nowe formy dbania o bliskość i pozwoliła na bardziej bieżące przeżywanie symultanicznych codzienności po obu stronach łącza.

Na zakończenie warto zauważyć, że wiele prac poświęconych zagadnieniom analogicznym do tych, na których ja się skupiłam, raportuje odmienną sytuację: Sylwia Urbańska pisze o rozpętanej przez media i władze centralne panice moralnej, związanej z pozostawianiem dzieci przez wyjeżdżających za granicę (lub nawet tylko do innego miasta) rodziców (Urbańska 2010). Z kolei w wielu pracach na temat recepcji migracji przez same środowiska migranckie pojawia się narracja żalu i utraty związanej z migracjami czy nawet moralnej naganności wyjazdów (Bukraba-Rylska 2007: 169–179; Winkowska 2013: 127–140). Pozwala to na dwie uwagi: jedna potwierdza obserwację wymienionych autorek, że mężczyźni wyjeżdżający za granicę są mniej krytykowani niż kobiety. Druga dotyczy zasadności przeprowadzania studiów przypadku w badaniach nad migracjami: mieszkańcy Załawy i Cukrówki zgodnie z moimi obserwacjami wypracowali bowiem własną, oddolną i inną strategię radzenia sobie z trudnościami wynikającymi z migracji czy z lokalną kontrolą społeczną niż mieszkańcy miejscowości podlaskich badanych przez Winkowską. Znajduje tu wyraz nieprzewidywalny i stały potencjał twórczy człowieka, który rozwiązań problemów i praktyk nadawania sensu poszukuje w otaczającej go lokalnej i ponadlokalnej rzeczywistości kulturowej.

 

Bibliografia:

Bukraba-Rylska I.
2007      W kręgu przeszłości, [w:] Tu i tam. Migracje z polskich wsi za granicę, red. M. Wieruszewska, Warszawa, s. 23­52.

Elrick T.
2009      Transnational Networks of Eastern European Labour Migrants, Berlin.

Levitt P.
2001      The Transnational Villagers, Berkeley.

McLuhan M.
2004      Zrozumieć media. Przedłużenia człowieka, Warszawa

Marcus G.
1995      Ethnography in/of The World System: The Emergence of Multi-Sited Ethnography, “Annual Review of Anthropology”.

Parrenas S.
2001      Mothering from a Distance: Emotions, Gender, and Intergenerational Relations in Filipino Transnational Families, „Feminist Studies”, 27, s. 361–390.

Plińska W., Rakowski T.
2010      Etnografia jako działanie społeczne/animacja kultury , „Prace Etnograficzne”, 38.

Rothenbuhler E.
2003      Komunikacja rytualna. Od rozmowy codziennej do ceremonii medialnej, Kraków.

Romaniszyn K.
2007    Wprowadzenie, [w:] Tu i tam. Migracje z polskich wsi za granicę, red. M. Wieruszewska, Warszawa: IRWiR.

Pine F.
2014    Migration as Hope: Space, Time, and Imagining the Future, “Current Anthropology” 55  (“Crisis, Value and Hope: Rethinking the Economy”), s. 95-104.

Tokarska-Bakir J.
2003    Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych. Wielkie opowieści, Kraków.

Urbańska S.
2010    Cała Polska liczy euro sieroty. Panika moralna oraz płeć w wykluczeniu oraz stygmatyzacji rodzin migrantów „Kultura i Społeczeństwo”, 3, s. 59-88.

Winkowska M.
2013    Kobiece doświadczenie migracji. Budowanie narracji, [w:] Nowoczesność i globalizacja na północnym Podlasiu. Perspektywa etnograficzna, red. P. Cichocki i H. Patzer, Warszawa.

Autorka:

Redakcja naukowa i językowa:

Tomasz Rakowski [fot. E. Bendyk]
Koordynator Modułu III, badacz
Maja Dobiasz
Asystentka Koordynatora Modułu III, badaczka

Korekta

Michał Głuszek

Opublikowane przez

Karolina J. Dudek

mm

Absolwentka Szkoły Nauk Społecznych Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, zarządzania i stosunków międzynarodowych w Szkole Głównej Handlowej, etnologii na Uniwersytecie Warszawskim oraz studiów podyplomowych Instytutu Polonistyki Stosowanej UW. Publikowała m.in. w “Kulturze i Społeczeństwie“, “Kulturze i Edukacji”, “Kulturze – Historii – Globalizacji“ i kilku tomach zbiorowych. Realizowała projekty badawcze w IEiAK UW, IFiS PAN (grant NCN, Preludium) oraz IS UW. Zastępca redaktora naczelnego czasopisma „Stan Rzeczy”. email: poczta@karolinadudek.eu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 − 2 =