Zorganizowane/niezorganizowane

Wolnościowa topika podróżowania a problem uwikłania w czas

Anna Wieczorkiewicz

Zorganizowane/niezorganizowane. Wolnościowa topika podróżowania a problem uwikłania w czas

Wprowadzenie

 Kulturowo-komercyjnym efektem potrzeby kontaktu z odmiennością jest turystyka. To ona pozwala zaktualizować się pojęciom swojskości i obcości; ona też jest narzędziem, nadającym wyraźne rysy indywidualnym stylom życia. Podróże – jakkolwiek traktowane jako wydarzenia z życia osobistego – są silnie zakorzenione w złożonych układach społeczno-kulturowych. Antropologiczne badania nad podróżą i nadawanymi jej sensami są jednocześnie badaniem specyfiki tych układów. Dla mnie punktem wyjścia do rozważań będzie podział – jedynie pozornie prosty i banalny – na turystykę zorganizowaną i niezorganizowaną.

Przyjmuje się, że w przypadku turystyki zorganizowanej turysta ma zapewnione przez organizatorów usługi związane z wyjazdem i pobytem w danym miejscu. Stopień zaspokojenia jego potrzeb zależy od warunków określonych przez organizatora. Natomiast wyjazdy niezorganizowane wymagają od podróżników inicjatywy organizacyjnej – to oni biorą na siebie ułożenie i realizację programu wyjazdu i nabywają konkretne usługi (Cymańska-Grabowska, Steblik-Wlaźlak Barbara 2013).

Tekst ten piszę, mając w pamięci takie użycia terminów turystyka zorganizowana/niezorganizowana. Niewątpliwie przydają się zarówno organizatorom turystyki, jak i badaczom, śledzącym tendencje rynku turystycznego. Moje zamierzenie jest jednak inne: chcę pokazać, dlaczego te skądinąd przydatne i poręczne terminy klasyfikacyjne mogą być mylące w badaniu kultury.

Interesuje mnie, co znaczy ten podział dla ludzi, którzy posługują się nim, i jak przejawia się on w aktualizowanych przez nich praktykach i narracjach o nich. Poprzez krytyczną refleksję nad tym podziałem chcę zastanowić się nad tym, w jaki sposób tworzą się pola dla oddolnego działania w ramach istniejących, często instytucjonalnie narzucanych, projektów podróży.

Źródła i teren badań

Materiałem źródłowym, który wykorzystuję, są wywiady etnograficzne, portale podróżnicze i fora (poświęcone podróżom zarówno indywidualnym, jak i zorganizowanym), blogi podróżnicze i literatura podróżnicza. Obszary podróży to Azja Południowo-Wschodnia, głównie do Indie. (Ponieważ rozmówcy robili niekiedy narracyjne wycieczki w inne części świata, są w tym tekście także ślady tych miejsc). Źródła te traktuję jako wzajemnie ze sobą powiązane. Wybierając przykłady, kieruję się kryterium reprezentatywności i wyrazistości. Przeprowadzona przeze mnie analiza to głównie analiza treści.

Podstawowym terenem badań jest Warszawa w tym sensie, że osoby, z którymi przeprowadzano wywiady były mieszkańcami Warszawy[1]. Natomiast specyfika tematu i związanych z nim głównych pytań badawczych niejednokrotnie skłaniała mnie do wykraczania poza ten obszar. Wiadomo, że w badaniach nad turystyczną mobilnością klasyczne pojęcia terenu i grupy badawczej ulegają modyfikacji (Sørensen 2003). Trzeba iść tym szlakiem, który wskazują badani. Jeśli korzystają z forów internetowych, jeśli czytają blogi podróżnicze, badacz powinien zwrócić uwagę na ten rodzaj przekazów i na związane z nimi formy komunikacji, gdyż korzystanie z nich wpisuje się w praktyki turystyczne.

Ruchomość klasyfikacji

Wyjazdy indywidualne często wskazywane były jako lepsze ze względu cenę, swobodne dysponowanie czasem oraz możliwość zanurzenia się lokalnej kulturze. Tak sądzili rozmówcy, blogerzy-podróżnicy, uczestnicy forów internetowych. Ci, którzy wybrali się na wyjazd zorganizowany, nierzadko sami z siebie tłumaczyli się z takiego wyboru – wyjaśniali go brakiem czasu, brakiem kompetencji językowych, brakiem odpowiedniego towarzystwa, wiekiem.

Jedna z rozmówczyń ujęła to tak:

Jeżdżenie samemu ma swoje plusy i minusy. Oczywiście plusem jest, że jestem niezwiązana i sobie jadę tam, gdzie chce, a minusem jest to, że jednak jak się jedzie z biurem, to oni cię wszędzie za rączkę prowadzą, pokażą ci to, co najciekawsze. Będąc samemu, to zanim się człowiek zorientował gdzie, co się znajduje, to na ogół czasu było mało. Miało to swoje plusy i minusy. Jak bym była młodsza, to bym jeździła sama, bo to też zawsze przed wyjazdem się coś poczytało, pooglądało i wtedy z przyjemnością się jechało (20-K-tz,ti).

Chociaż obie formy podróżowania mają plusy i minusy, za lepszą uważana jest tu turystyka indywidualna; tym, co przechyliło szalę na jej korzyść, jest kojarzona z nią samodzielność (zarówno w poruszaniu się w przestrzeni fizycznej jak i po obszarach wiedzy).

Można wprawdzie rzecz całą odwrócić i po zsumowaniu wydatków oraz uwzględnieniu nakładu pracy włożonej w organizację uznać, że wyjazd z biurem opłaca się bardziej niż indywidualna wyprawa[2], ale tego rodzaju buchalteria pomija kwestię podróżniczej ideologii. Nie chodzi tu bowiem jedynie o cenę – ona jest środkiem pozwalającym dostać się w obszary znane za sprawą wyobraźni potocznej. Wyjazdy organizowane samodzielnie wydają się stwarzać większe pole dla biograficznej kreatywności. Dlatego też osoby korzystające z ofert trampingowych skłonne są zaznaczać, że ich podróż nie była wyjazdem z „typowego biura”, tylko z klubu, że na takie wyjazdy jeżdżą pasjonaci, prawdziwi podróżnicy. (Jeśli porównywali różne rodzaje wyjazdów, uczestnicy imprez zorganizowanych przez tradycyjne biura zawsze wypadali niekorzystnie[3].) Jeden z rozmówców, mający w swym doświadczeniu wyjazdy zorganizowane, trampingowe i organizowane samodzielnie, tak przedstawiał tę różnicę: „To właśnie mi się podoba [w trampingu zorganizowanym – AW], że nie masz czterdzieści osób. Rainbowtours bierze czterdzieści osób do autokaru, potem pilot mówi, nic nie słychać, trzeba się dopchać; to jest w ogóle bez sensu” (19-M-ti,ttr,tz). O towarzyszach wyjazdu trampingowego mówił:

byli tam już bardziej zaawansowani podróżnicy. Była dziewczyna, która do Nepalu wielokrotnie wyjeżdżała, by chodzić sobie po górach; inni też jeździli. Byli też tacy, co mniej zwiedzali, ale – no, tacy podróżnicy, tacy bardziej pasjonaci”. Na przeciwnym biegunie sytuował uczestników masowej turystyki zorganizowanej – to „tacy ludzie, co jeżdżą do Egiptu na przykład, (…) wchodzą pijani do samolotu i potem nie trzeźwieją przez cały czas” (19-M-ti,ttr,tz).

Tramping, jak ujęła to Natalia Bloch, to „rodzaj paradoksu – zorganizowana postać niskobudżetowej turystyki indywidualnej” (Bloch 2014: 183). W ujęciu zarówno organizatorów, jak i uczestników jest to „alternatywa dla turystyki masowej, bardziej zindywidualizowanego podróżowania, łącząca w sobie elementy turystyki etnicznej, kulturowej, historycznej i przyrodniczej, wymiar poznawczy z przygodowym” (Bloch 2014: 183).

Granice pomiędzy formami turystyki dają się retorycznie przesuwać – wyjazd z biurem podróży może być ukazany jako eskapada wymagająca podróżniczych kompetencji. Wyraźne jest to w wypowiedzi turystki jeżdżącej wyłącznie na wycieczki organizowane przez biura turystyki masowej:

Można rzeczywiście o nas powiedzieć, że wszystko mamy zorganizowane, zaplanowane, podane na tacy i nie ma miejsca na żadne szaleństwo. Oczywiście, mamy wygodne hotele i standard, który jest przeciętnym standardem turystycznym, ale z drugiej strony tak naprawdę to są często bardzo małe grupy. Właściwie im dalszy kierunek, tym grupa jest mniejsza (…), więc to absolutnie nie są masówki. (…) Takie naprawdę egzotyczne kierunki nie jeżdżą autokarem, tylko czasem małym busem (…). Skład takiej grupy jest bardzo specyficzny. Nie chodzi nawet o wykształcenie, miejsce zamieszkania, wiek (…); to wszystko są ludzie, którzy mają za sobą wiele różnych, często bardzo dalekich, bardzo egzotycznych objazdów, więc oni zachowują się jak tacy profesjonalni turyści. Na takich objazdach nie ma problemu z dyscypliną, nie ma problemu z godziną zbiórki, nie ma problemu z nieznajomością języka, nie ma problemu ze znajomością tych wszystkich reguł gry i umiejętnością poruszania się w obcym kraju, bo ci wszyscy ludzie jeżdżą od lat (1-K-tz).

Rozmówczyni wychodzi od dość oczywistych skojarzeń, jakie mogą pojawić się w związku z turystyką masową, ale od początku zmierza do tego, by retorycznie oddzielić się od stada. Wskazuje na to, że przypadkowi towarzysze jej podróży to „profesjonalni turyści”, a wyjazdy mają charakter elitarny i wymagają pewnych kompetencji. Stosuje podobne argumenty, do których przeważnie odwołują się zorganizowani trampingowcy.

Nie będę wdawać się w próżne – moim zdaniem – określanie różnicy między podróżnikiem a turystą. Było ono z pewnością użyteczne u początków tworzenia się naukowej refleksji nad turystyką (Boorstin 1964). Obecnie – zwłaszcza na gruncie kultury popularnej – nader często używa się go jako narzędzia służącego dowartościowaniu jednych typów podróży i deprecjonowaniu innych. Figura turysty jeżdżącego z biurem podróży bywa emblematem bezmyślnego oglądactwa, przeciwstawnego „prawdziwemu podróżowaniu”. (Ten ton zaznaczał się już u początków naukowej refleksji nad turystyką – w eseju Daniela Boorstina o utraconej sztuce podróży.)

Opozycyjnie zestawiane pojęcia podróżnik/turysta jest stosowane przez rozmówców, autorów blogów, postów na forach turystycznych, tekstów publicystycznych i literackich, czyli w obszarze badanych przeze mnie źródeł. Nie dyskutuję z nim i nie rozważam jego zasadności – przyjmuję, że pełni istotną rolę w modelowaniu świata w obszarze potocznej wyobraźni. Zakładam, że określenie „podróżnik” wiąże się z określonymi projektami tożsamościowymi; z tego punktu widzenia podróżnikiem może być także osoba jeżdżąca na wycieczki organizowane przez biura podróży. „Turystyka” to dla mnie pojęcie techniczne, dotyczące całokształtu zjawisk związanych z podróżowaniem i przebywaniem poza codziennym otoczeniem sytuacji, gdy głównym celem wyjazdu nie jest praca zarobkowa[4]; w tym obszarze pojęciowym sytuuję termin „turysta”, któremu nie nadaję charakteru wartościującego (jakie zwykle zyskuje on we wspomnianym przeciwstawieniu podróżnik/turysta). Zatem wskazanie przeze mnie pary pojęć – turystyka zorganizowana/niezorganizowana oraz turysta/podróżnik – to skrzyżowanie dwóch różnych porządków klasyfikacyjnych. Ten pierwszy podział opisuje wyłącznie formy organizowania podróży, natomiast ten drugi odnosi się do sfery wyobraźni turystycznej.

Wolność organizowana

Jedna z rozmówczyń, kobieta o doświadczeniu podróżniczym bogatym i różnorodnym, tak opowiadała o swych ostatnich wakacjach:

W tym roku byliśmy na Alasce – i też nic nie zorganizowane; po prostu w zeszłym roku kupiłam bilety lotnicze. Byliśmy cały miesiąc. Wylądowaliśmy w Anchorage, poszliśmy do knajpy internetowej. Mieliśmy ze sobą Lonely‘a oczywiście i w ciągu sześciu godzin zarezerwowaliśmy wszystko na całe następne cztery tygodnie: wewnętrzne samoloty, B&B, jakieś pociągi, nie pociągi. Oczywiście ja sobie wcześnie poczytałam i mniej więcej wiedziałam, jaką trasę chcemy zrobić, i w ciągu sześciu godzin zrobiliśmy, zapłaciliśmy i mieliśmy już zaplanowaną całą wyprawę (4-K-ttr,tz,ti).

W jej ujęciu był to wyjazd, który nie narzucał żadnych ograniczeń – każde przedsięwzięcie brało się z indywidualnego pomysłu jej i towarzyszy podróży. Jak jednak wspominała, w organizacji planu wspomagał ją przewodnik Lonely Planet oraz internet – z ich pomocą ustaliła plan podróży, wybrała punkty stałe, a rezerwacje obligowały ją do tego, by ich nie ominąć. Wyjazd oceniała jako udany przede wszystkim dlatego, że wszystko przebiegło zgodnie z planem:

Wyprawa była cudowna, nic nam się nigdzie nie rozjechało. Wszystko, co (…) ogarnęliśmy, było super. Zrobiliśmy ponad dziesięć tysięcy kilometrów w ciągu czterech tygodni – od samego dołu do samej góry, aż do Barrow, gdzie mieszkają Eskimosi i gdzie dwudziestego dziewiątego sierpnia było minus sześć stopni (4-K-ttr,tz,ti).

W powyższej wypowiedzi w charakterystyczny sposób związane zostają dwa elementy – rozległość przestrzeni i panowanie nad czasem. Czas narzucał rytm podróży i ograniczał pole działania. Na poziomie narracji wyraża się to dominacją kategorii czasowych – rozmówczyni dwukrotnie podkreślała, że w sześć godzin udało się ułożyć plan na cztery tygodnie, a potem konsekwentnie go zrealizować. Intencją opowiadającej było jednak wskazanie na wolność, a nie na ograniczenie. Podkreślała, że ma duże „poczucie niezależności i wolności”. O wycieczce, którą niegdyś odbyła z biurem podróży, mówiła – „to była porażka i wiedziałam potem, że nie chcę”. Wskazała na swoiste wywłaszczenie jej z czasu za sprawą narzuconego przez organizatora programu: „Myśmy zwiedzali tam trzy tygodnie autokarem, w ogóle jakaś masakra, od hotelu do hotelu, cztery-pięć gwiazdek, autokar jak spęd, masz – nie wiem – sześć godzin na zobaczenie czegoś i z powrotem do autokaru, no way, to w ogóle nie dla mnie”. Pozytywnie oceniała natomiast wyjazd zorganizowany przez firmę oferującą imprezy trampingowe. Dawał jej on – jak podkreślała – poczucie dysponowania czasem. Przewodnik pozostawiał bowiem znaczne pole decyzji uczestnikom („To zostajemy tu, czy zostajemy tam? Czy pociąg chcecie o piątej czy o…? Czy chcecie ten hotel czy chcecie te hotel?” /4-K-ttr,tz,ti/).

W czasie tej rozmowy wielokrotnie powracała kwestia poczucia wolności, które można osiągnąć w trakcie podróży organizowanej „samodzielnie”. („Tego typu podróże nas interesują, dlatego dla mnie biuro jest ograniczeniem, dla mnie wchodzenie w jakiekolwiek ramy na wyjeździe ogranicza taką moją swobodę” (4-K-ttr,tz,ti). Można jednak podejrzewać, że chodzi tu nie tyle o brak ograniczeń (czas podróży czy też miejsca postoju mogą być z góry ustalone – tak jak działo się to podczas relacjonowanej podróży na Alaskę), ale o poczucie sprawczości kojarzone z sytuacją wyboru.

Uwikłanie w czas

Sposób, w jaki w narracjach o podróżach pojawia się motyw czasu, odsłania dialektykę wolności i dyscypliny. Czas jawi się jako czynnik krępujący podróżniczą wolność (i wolność ludzką w ogóle). Jedna z podróżniczek – osoba mająca za sobą zarówno zorganizowany wyjazd trampingowy, jak i podróże niezorganizowane – tak opowiadała o niedogodnościach, które spotykają ją w trakcie samodzielnego podróżowania:

Szukanie noclegu (…) zajmuje dużo czasu na miejscu, bo nie trafisz od razu do hotelu, który ci się spodoba, który ma dobrą cenę, więc trzeba się nachodzić. To samo, jeśli chodzi o szukanie miejsc, żeby zjeść jakiś obiad, czy zrobić zakupy, kupić jakieś owoce, jedzenie – takie rzeczy. Trzeba wiele rzeczy załatwić przed wyjazdem. Wiza – jak jedziesz z biurem, to wysyłasz swój paszport i masz wszystko gdzieś, tak? (…) No a tutaj trzeba samemu pojechać do ambasady, załatwić, zapłacić. To wymaga czasu (22-K-ti,ttr; podkr. AW).

Motyw czasu pojawił się w rozmowie z nią także wtedy, gdy wspominała udział w zorganizowanym wyjeździe trampingowym:

Duży minus podróżowania w grupie – że zawsze trzeba na kogoś czekać; i to mnie po prostu doprowadzało do szału. Ludzie się spóźniają, nie przychodzą na miejsce zbiórki, siedzisz, nie wiesz…(…) Więc czekanie na resztę grupy jest okropne. Jak jest 12 osób i ja już byłam zdenerwowana, to już wolę sobie nie wyobrażać, co się dzieje, jak jest np. 30 osób” (22-K-ti,ttr; podkr. AW).

Wygląda na to, że „kołdra zawsze jest za krótka” – niezależnie od tego, czy podróżuje się w grupie zorganizowanej, czy samodzielnie, z którejś strony i tak wyjdzie problem czasu[5]. Terminy i harmonogramy są tym, co obszernie omawia się na forach, poświęconych wszelkim typom wyjazdów. Często rzecz sprowadza się do tego, by daną wycieczkę „wstawić” w określony termin. Charakterystyczna pod tym względem jest poniższa wypowiedź na forum poświęconym turystyce zorganizowanej:

Ja z kolei myślę o wyjeździe pomiędzy styczniem a marcem, zobaczymy, jak to wyjdzie. Na razie musimy oboje z mężem sprawdzić, czy dostaniemy urlopy w takim terminie 🙂 A co do terminów, to każdy jeździ wtedy, kiedy może, albo kiedy mu pracodawca pozwoli 😉 . Większość naszych wyjazdów do Azji była w porze deszczowej, bo akurat tak dostaliśmy urlopy (…) (www.gazeta.pl/forum, post z 24.10.2014, dostęp 20.12.2015)

Jeśli w korzystnym układzie znajdą się zawodowy harmonogram turystki, takiż harmonogram jej męża (przy czym oba zależne są od harmonogramów pracodawców) i termin wycieczki – nastąpi wyjazd. Gdzieś w tle oczekiwań na tę koniunkcję jest wiedza o tym, że Ziemia się kręci, a pory roku zmieniają się zgodnie z pewnym rytmem – ten rytm jednak trzeba zignorować. Zdarzenie wyjazdowe wbija się w ten rytm wtedy, kiedy zajdzie wspomniana koniunkcja.

Prawdziwa wolność wyrażana jest poprzez wskazywanie na niezależność od ograniczeń czasowych. Pokonywanie ogromnych przestrzeni nie zrobi takiego wrażenia jak dezynwoltura w traktowaniu czasu. Podróż jest tym lepsza, im jest dłuższa – a podróżnik naprawdę wolny to ten, który pojedzie gdzieś na bardzo długo. Na takiej fantazji, jakkolwiek przewrotnie zastosowanej, osnuła swą książkę Marzena Filipczak. Książka nosi tytuł Lecę dalej. Tanie podniebne podróże (Filipczak 2012). Treść można przedstawić w ten sposób:

[…] autorka opisuje dwanaście podróży, które odbyła w ciągu nieco ponad roku (jedna w 2010, i jedenaście w 2011 r.): korzystając z promocji w tanich i regularnych liniach lotniczych jadła zimą truskawki w Maroku, bawiła się na karnawale w Weronie, wiosną spacerowała po gajach oliwnych Ibizy, a chwilę potem – przedzierała się przez niezwykłe lasy Madery. Latem wędrowała przez bezdroża Kaukazu i przejechała rumuńską szosę otwartą tylko w wakacje, a gdy się skończyło – poleciała do Laponii obejrzeć piątą porę roku. Jesienią szukała słońca na wulkanicznej wyspie Lanzarote, a zimą – podarków na tradycyjnymi jarmarku bożonarodzeniowym. (http://virtualo.pl, dostęp 19.12.2015)

Podróżniczka wędruje w poprzek pór roku, zmienia ich bieg. Na forach pozytywne strony tej książki widziano głównie w części poradnikowej, w której autorka udzielała porad, dotyczących zakupu tanich biletów i podawała informacje przydatne w praktyce oszczędnego podróżowania. Dowodziła, że aby go zrealizować, nie trzeba mieć ani dużo czasu ani dużo pieniędzy – wystarczy znać sposób, by zimą znaleźć się w lecie i odwrotnie.

W kolejnym rozdziale zajmę się bliżej kwestią ram podróży. Spytam o to, co w odczuciu współczesnych podróżników stanowi ramę dla organizacji podróży. Poprzez ramę rozumiem podstawowe kategorie, pozwalające określić uwarunkowania podróży. Podróżnicze projekty traktuje się jako możliwe do realizacji o tyle, o ile dadzą się umieścić w tych ramach. Można przypuszczać, że wątek czasu jest jednym z podstawowych budulców użytych do jej tworzenia. Co jeszcze musi zostać wykorzystane, by była ona solidna?

Budulec do ram podróży

W dziale „Szukam towarzysza podróży – szukam ludzi na wyprawę” na portalu podróżniczym www.travelbit.pl podróżniczka z Warszawy w ten sposób otworzyła wątek „Indie 2016”:

Cześć,
planuję podróż do Indii i tym razem chcę się skoncentrować na północnej części kraju.
Wstępnie 2 tygodnie. Trasa raczej klasyczna. „Jadąc” od północy: Ladakh, Śrimagar, Amritsar/Atarii, (Czandigarh i Rishkesh- opcjonalnie), New Delhi, Agra, Jaipur, (Udajpur – opcjonalnie), Waranasi. Ze względu na temperaturę panującą w Himalajach i przejezdność dróg najlepszy termin to maj-sierpień. Dokładny termin uzależniam od ceny biletu.
Jeśli też marzą ci się północne Indie i szukasz kompana to pisz! Szczegóły zawsze do dogadania:) ( www.travelbit.pl, post z 29.11.2015, dostęp 20.12.2015)

Oto jak tworzona jest rama podróży: najpierw autorka postu wskazuje miejsce podróży (Indie, północna część kraju), zaraz potem podaje informację o czasie jej trwania (wstępnie 2 tygodnie). W dalszym ciągu przeplatają się informacje o przestrzeni z informacjami o czasie: doprecyzowany jest szkic trasy („klasycznej”) oraz termin (optymalny ze względu na pogodę). Opis uwarunkowań domknięty jest trzecim czynnikiem: ceną biletu.

Te trzy warunki – czasowy, przestrzenny i cenowy – nie mają jednakowej wagi. Trasę można poddać dyskusji (autorka postu zaznacza, że jest otwarta na modyfikacje), z pozostałymi dwoma rodzajami uwarunkowań trudniej dyskutować.

Ten sam układ elementów – przestrzeń – czas – cena – pojawiał się w wywiadach z warszawskimi podróżnikami. Niekiedy ten pierwszy element układu – miejsce podróży – zdawał się efektem konfiguracji, w jakiej znalazły się dwa pozostałe – czas i cena. Jedna z rozmówczyń tak opowiadała o historii swojego wyjazdu na Goa: Pojechaliśmy ze względu na cenę oczywiście. Pojechaliśmy na tę wycieczkę tak, że miała nie zahaczać pierwszego dnia świąt i Wigilii” (7-K-tz,ti). Rozmówczyni przez dłuższy czas snuła wątek czasu, opowiadając o pomyłkach w interpretacji terminu. Wyjaśniła, że był to „wyjazd zorganizowany troszkę nietypowo, bo to był tani, tani wyjazd”. Podała dosyć precyzyjną kwotę, po czym rozwinęła ten temat:

to na prawdę niesamowite pieniądze jak na Indie i dlatego, jak ktoś pytał «gdzie byłaś» a ja – «w Indiach» to takie komentarze: «no no», (…) Kilka razy trafiłam faktycznie na takie okazje, być może przez to, że to był świąteczny czas i te wycieczki były rzucone na chwile dosłownie, więc na ty samym turnusie na, którym ja byłam, byli ludzie, którzy zapłacili za te wycieczkę 5-6 tysięcy (7-K-tz,ti).

W wypowiedzi tej Indie pozostaję gdzieś w tle – istnieją jako miejsce, które w wyniku okazjonalnej konfiguracji czasu i ceny pojawiło się przed nabywcami imprezy wypoczynkowej.

Cena otwiera przed podróżnikami przestrzenie lub tworzy bariery nie do sforsowania. Kierunki podróży wyrażane są w cenach, z cen zbudowane są też szlaki komunikacyjne. Uczestniczka imprez masowych przedstawiła to tak:

Są właściwie takie dwa ograniczenia. Pierwsze finansowe: w którymś momencie kończą się kierunki dostępne finansowo, a zostają tylko te, które są z bardzo wysokiej półki, czyli już są tak dalekie i tak drogie, że właściwie… no na razie mnie na nie stać. Ale też jest taka głupia bariera czasowa, którą ja akurat mam (a nie wszyscy ją mają). (…) Mogę jechać tylko w sierpniu, to jest taki najbardziej dostępny dla mnie termin – nie mam innych terminów na takie wyjazdy (1-K-tz).

Osoba, która wybrała wyjazd trampingowy, opowiadała:

Porównywałam ceny, sprawdzałam, czy mają jakieś dobre opinie na forach, dzwoniłam, rozmawiałam z pracownikami tych biur i suma summarum wybrałam to biuro. Pewnie też, dlatego, że mieli dobre pasujące mi terminy no i cena była w miarę dobra (22-K-ti,ttr).

Wątek czasu wręcz narzuca swoją obecność ludziom rozmawiającym o wyprawach. Wydaje się podstawowym trybem wyprawowej machiny; jeśli źle zaplanuje się jego działanie, od razu pojawią się zgrzyty. W odpowiedzi na cytowany na wstępie tego rozdziału wpis podróżniczki podjęty został wątek czasu. Uczestnik forum sugerował niemożność realizacji przedstawionego planu:

Chciałem zasugerować, że Twój plan jest zbyt ambitny jak na 16 dniowy wyjazd. Po prostu nie sposób go zrealizować w tak krótkim czasie. Chyba, że traktujesz go jako luźną propozycję „do wyboru – do uzgodnienia”. (…) ” (www.travelbit.pl; post z 30.11.2015, dostęp 20.12.2015).

Autorka postu nie daje się jednak zbić z tropu. Wysuwa argumenty wskazujące na posiadane już doświadczenie podróżnicze:

[…] jestem absolutnie świadoma, że nierealne jest zobaczenie wszystkich miejsc, które wymieniłam w 2 tygodnie. Lista „must see” powstanie wspólnie, jeśli ktoś zdecyduje się dołączyć. Jeśli będę podróżować sama, możliwe, że większość czasu spędzę w Himalajach  Mam „jako takie” doświadczenie w podróżowaniu po Indiach. Mieszkałam 4,5 miesiąca w Hyderabadzie i nie udało mi się zobaczyć wszystkiego na południu Indii. Dlatego zdaję sobie sprawę, że 2 tygodnie to bardzo mało czasu. (www.travesbit.pl, post z 30.11.2015, dostęp 20.12.2015)

Nietrudno tu zauważyć retorykę umieszczania wizerunku autorki w ramach tożsamościowego projektu podróżnika: podróżniczka jedzie tym razem (zatem jeździła do Indii już wcześniej), koncentruje się na wybranych obszarach, ma „«jako takie» doświadczenie w podróżowaniu” – cudzysłowem zaznacza swój dystans do tego faktu, sugerując w ten sposób, że nie zamierza się przechwalać, bo nie musi w ten sposób budować własnej pozycji; czytelnicy powinni jednak docenić fakt, że mieszkała w Hajdarbadzie (zatem jej doświadczenie z pewnością jest ponadprzeciętne – na pewno nie jest tzw. turystką). Jednakże to przede wszystkim dłuższy pobyt w Indiach czyni z niej osobę doświadczoną. Ponieważ przeżyła cztery i pół miesiąca na południu, wie, co to są dwa tygodnie na północy – wie, co w tym czasie się zmieści. Czas (nie przestrzeń) jest traktowany jako pojemnik podróżniczych doświadczeń. Przestrzeń jedynie dostarcza scenerii.

Przyznam, że stwierdziwszy ten fakt, poczułam zdziwienie. Czyżby nie było ważne, gdzie się jedzie? Zwłaszcza w tym przypadku kategoria miejsca powinna być kluczowa – wszak chodzi o podróże do Indii; samo słowo „Indie” wywołuje tak wiele skojarzeń. Motywy indyjskie są wszechobecne w kulturze zachodniej w tak wielu obszarach, w różnych wersjach. Rozproszone fragmenty indyjskości powinny rozbudzać ciekawość poznania kraju.

Z faktu, że przestrzeń dostarcza scenerii nie wynika wcale, że sceneria nie jest ważna. Elementy do jej tworzenia pozyskuje się z obszarów innych niż podstawowy, twardy budulec ramy podróży. (Wspomniana książka „Lecę sama…” zyskiwała przychylność czytelników dlatego, że osadzała wolnościowy projekt w ramach czasu i ceny.) Czas i pieniądze wydają się czynnikami krępującymi swobodę jednostki, wskazują na jej uwikłania w życie codzienne. Sceneria (przestrzenna) konstytuuje się w sferze wyobraźni turystycznej – jest jak płynna materia, wylewająca się z ramy na płaszczyznę obrazu.

Dyktatura Złotego Trójkąta

Trasa wiąże przestrzeń kraju z czasem, jaki podróżnik ma do dyspozycji. Przekłada abstrakcyjną mapę na praktykę przemieszczania się i w ten sposób tworzy wyrazisty projekt podróży. W ofertach biur podróży znajdują się zazwyczaj mapki z naniesionymi trasami – ukonkretniają to, na co wskazuje nazwa imprezy. Natomiast poprzez nazwę dokonuje się tematyzacja przestrzeni; to pierwszy krok do tego, by przestrzeń stała się scenografią. Indie to „Ślady tygrysich łap na piasku”, to „Kolory pustynnych miast”, to „Złoty Trójkąt i Bollywood”, „Tamil Nadu i Krelala, coś dla ducha, coś dla ciała” „Diamenty Gurdżatu i perły Machasztry” (przykłady z oferty biura Rainbowtours; dane z grudnia 2015); to także „Indyjska mozaika” i „Tam gdzie pieprz rośnie”, „Baśniowa kraina maharadżów” i podróż „Szlakiem skalnych świątyń” (przykłady z firmy Horyzonty organizującej wyjazdy trampingowe; dane z grudnia 2015).

W kategoriach tras ujmują Indie także przewodniki przeznaczone dla osób podróżujących indywidualnie. Na przykład przewodnik Lonely Planet „India” dzieli trasy na trzy kategorie: trasy klasyczne, szlaki mniej uczęszczane i przykrojone na miarę, czyli koneserskie (Clasic Routes, Roads Less Travelled, Tailored Trips; podobne kategorie występują w przewodnikach po innych krajach)

Trasy omawiane są również na forach poświęconych podróżom indywidualnym. Nierzadko osoby szukające towarzyszy podróży proponują programy do złudzenia przypominające te oferowane przez biura podróży, zawierające informacje o lotach, przejazdach, ilości dni spędzonych w danym miejscu i o tym, co w danym miejscu można zobaczyć. Czasem dość ogólnie wskazują przestrzeń, w której można zarysować pewne trasy, albo też rozważają sięgnięcie po gotową trasę, tak jak autor posta zamieszczonego na podróżniczym portalu w dziale „Szukam towarzysza podróży – szukam ludzi na wyprawę”:

Indie Listopad/grudzień 2015.Szukam chętnych na wyprawę do Indii. Plan wylot z Polski około 15- 17 listopada – cena biletu około 2 tyś złotych. Potem 1-2 Dni w Delhi. Następnie 14 dni objazdu rezerwacje przez…” – W tym miejscu podana jest strona internetowa biura z siedziba w Delhi. W daslszym ciągu autor doprecyzowuje koncepcję: ”cena tego objazdu około 650 USD. Potem 1-2 dni w Dheli. Całość powinna się zamknąć w kwocie około 5,5- 6 tyś. Poszukuje ludzi chcących zwiedzać, oglądać i podziwiać – ale bez pijaństwa i imprezowania.
Oczywiście całość możemy wspólne zmodyfikować np. przeloty czy coś jeszcze dołożyć”
(www.travelbit.pl; post z 12.09.2015, dostęp 20.12.2015)

Widać tu wyraźnie budulec ram podróży, o którym mówiłam wcześniej – czas, przestrzeń i cenę. W tych ramach umieszczony jest projekt wyjazdu – na jego specyfikę wskazuje rodzaj aktywności, które zamierza podejmować podróżnik. Oprócz tego pojawia się odesłanie do strony internetowej biura oferującego objazdy po Indiach – jest to czynnik organizujący całość. Autor postu nie musi dokładnie trasy opisywać, wystarczy przekierować uwagę czytelników tak, by trafiła w odpowiednie miejsce w sieci internetowej. Technicznie rzecz biorąc, jest to podróż indywidualna, niezorganizowana – osoba wyjeżdżająca u lokalnego usługodawcy może nabyć wycieczkę – czyli gotowy układ elementów, pozwalający wypełnić ramę.

Wśród opowieści o trasach podróży Indiach najczęstsze były te o „Złotym Trójkącie”. Uczestniczka wyjazdów zorganizowanych tak przedstawiła kryteria, którymi kierowała się przy jej wyborze:

Ja mam taką filozofię, że kiedy jadę pierwszy raz, kiedy wyjazd jest bardzo daleki i bardzo drogi, to raczej staram się wziąć taką wersję podstawową – fundamentalne, najważniejsze miejsca, bo po prostu nie wiem, czy mi się uda jeszcze raz do tego kraju wrócić, więc muszę znać takie najważniejsze jego obiekty (…). Jeżeli mi się uda kiedyś wrócić, to pewnie, że zrobię jakąś dłuższą trasę, z bardziej niszowymi punktami, ale jak na razie zobaczyłam tylko ten podstawowy schemat” (1-K-tz). Inna podróżniczka – uczestniczka wyjazdu trekkingowego – podchodziła do sprawy podobnie: „Na pewno chciałam zobaczyć takie must see. Takie najważniejsze punkty. Ta wycieczka, która wybrałam […] była najpopularniejsza. Jest jeszcze kilka innych tras z tego biura dla Indii, ale to już są Indie południowe, albo tylko w Kaszmirze typowe chodzenie po górach, trekking” (22-K-ti,ttr).

Bloger, który wybrał się do Indii indywidualnie, zarysował podobny punkt wyjścia:

Wiemy już, że spędzimy w Indiach 10 dni. To bardzo krótko jak na ten kraj. Rasowi plecakowicze spędzają tam wiele tygodni lub nawet miesięcy. Postanawiamy więc zobaczyć Indie w pigułce, tak zwany Złoty Trójkąt – Delhi-Agra-Jaipur, którego zwiedzenie daje jaki taki obraz całego kraju. Do tego koniecznie Waranasi – najświętsze miasto hinduizmu nad Gangesem. W zakresie możliwości czasowych byłoby jeszcze Khajuraho, kuszące świątyniami ze scenami Kamasutry, ale wizyta tam przekształciłaby naszą podróż w bieg z zadyszką, a my chcemy przecież spokojnie i uwagą delektować się tym, co zobaczymy. Z bólem serca rezygnujemy więc z dawki indyjskiego erotyzmu. („Samodzielna wyprawa do Indii. Poradnik nieobiektywny”, www.globtroter.pl, dostęp 20.12.2015)

Trzy osoby, reprezentujące odmienne formy organizacji podróży, zdecydowały się na trasę, zwaną Złotym Trójkątem. Przy wyborze kierowały się podobnymi motywami – chciały odczytać kraj poprzez istniejący już wzorzec jego interpretacji, uznając ten wzorzec za sprawdzony przez innych.

Taką strategię poznawania Indii przedstawiało wielu rozmówców; często wskazywana też ona była na forach i blogach. Zaczyna się od tego, co najbardziej znane, zakładając, że to jest najbardziej wartościowe i reprezentatywne dla Indii. Chodzi tu szczególny rodzaj reprezentatywności; z opowieści o podróżach wynika, że typowe i reprezentatywne są również brud i smród, bieda, uliczni naganiacze, naciągacze, nieuczciwi taksówkarze, krowy chodzące po ulicach. Wiadomo jednak, że ten rodzaj prawdy o Indiach dostaje się gratis – a raczej, że napiera on na podróżników, utrudniając projektowane doznawanie tego, co określa się mianem bogactwa kulturowego. (Topos bogactwa kulturowego Indii jest kluczowy dla narracji o podróżach po subkontynencie.)

Oczywiście są też osoby, które jeżdżą do Indii po to, by zatrzymać w aśramie lub w ośrodku medycyny ajurwedyjskiej, by odbyć kurs jogi, medytacji, tańca, by chodzić po górach. Bywa, że tego typu wydarzenie to jeden z epizodów podróży, nierzadko jednak to ze względu na nie została zorganizowana cała podróż. Wtedy trasa ciąży ku punktowi, który całej podróży nadaje sens. Jest to jednak inny rodzaj podróży niż ten, którym zajmuję się w niniejszym tekście; chodzi mi bowiem o projekty podróży, wiążące poznawanie kraju z przemieszczaniem się po nim. W tym ujęciu świat do podróżowania to świat składający się z tras, które aktualizować można w doświadczeniu. Podróż staje się o nanizywaniem podróżniczych doświadczeń na istniejący już sznur trasy.

Kultywowanie wyboru

Na jednym z forów poświęconych turystyce zorganizowanej padło pytanie o to, czy warto zdecydować się na zakup wycieczki do Indii:

Po pierwsze czy warto do Indii? Trochę mnie przeraża wizja powszechnego brudu i ubóstwa. Ale z drugiej strony – architektura, kultura … Ogromne ryzyko problemów żołądkowych, ale…
No właśnie. Warto?
A po drugie – jak sobie Itaka radzi z Indiami? Hotele, organizacja ….
Mają dwa programy: Smaki Indii i Radżastan Maharadżów? Który wybrać? (abc.forum,gazeta.pl; post z 16.12.2011, dostęp 20.12.2015).

Początek tej wypowiedzi w skondensowany sposób ujmuje obawy, które wzbudzać może wyjazd do Indii. Aktualizuje przy tym toposy podróżniczych opowieści o tym kraju – z jednej strony brudnym, biednym, naruszającym cielesny komfort zachodnich podróżników, z drugiej strony bogatym w perły architektury i kultury.

Z następnego passusu dowiadujemy się, że autorka zna sposób na to, by zminimalizować niedogodności podróży i dotrzeć do tego, co wartościowe: istnieją instytucje przeznaczone do tego, by „poradzić sobie” z Indiami i wydrążyć w „powszechnym brudzie i ubóstwie” bezpieczne korytarze wiodące do atrakcji architektonicznych i kulturowych. Taka rola biura wydaje się dość oczywista także bywalcom stron, poświęconych podróżom indywidualnym.

W jednym z komentarzy dotyczących blogowej relacji z podróży do Indii czytelniczka, pozostająca pod wrażeniem opisów hinduskiego naciągania napisała „Przeczytałam Twój tekst i doszłam do smutnego wniosku, że przy moim braku asertywności nie powinnam się wybierać do Indii na samotną wyprawę, tylko na wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży” (http://wycieczkadoindii.blox.pl/html wpis z 23.08.2010, dostęp 20.12.2015).

Wybór jednego spośród kilku biur nich to temat szeroko dyskutowany przez forumowiczów. Traktowane są one jako potencjalni partnerzy lub przeciwnicy w grze o udane wakacje. Trzeba odkryć ich intencje, by wiedzieć, czy biuro gra z nami, czy przeciw nam. Klienci odwołują się do wiedzy „z pierwszej ręki” – czyli pochodzącej od tych, który skorzystali już z usług biura.

Nie wiem z jakim biurem jechać – pyta jedna z forumowiczek portalu www.kafeteria.pl, wskazując dwa popularne biura – Bo znalazłam bardzo podobną wycieczkę w jednym i drugim biurze… I nie wiem z jakim będzie lepiej? może wy byliście kiedyś na wakacjach z jednym z tych biur? bo niedługo musze zdecydować, a nie wiem… Program wycieczki maja bardzo podobny (http://f.kafeteria.pl, wpis z 16.07.2014; dostęp 20.12.2015)

W ten sposób tylnymi drzwiami wróciłam do zagadnienia, o którym wspominałam przy okazji omawiania podróży zwanych niezorganizowanymi. Pokazywałam wówczas, jak motyw wyboru kojarzony jest z topiką wolności. W przypadku wyjazdów organizowanych w ramach turystyki masowej nieco inaczej tworzone są pola pielęgnowania tej topiki. Fora dyskusyjne to jedno z takich pól[6], a dyskusja stanowi swoisty rytuał kultywowania tego motywu. Za jej sprawą stają się autorami własnych podróży nawet wtedy, gdy program został ułożony przez kogo innego i gdy w czasie wycieczki muszą poddawać się różnego rodzaju reżimom (z uciążliwym reżimem czasowym na czele).

Porównując wiarygodność różnych biur i oferowane programy, turyści precyzują kryteria wyboru wycieczki:

Wiadomo, że lepiej wybrać tańszą [wycieczkę – AW], ale też nie bez względu na program. Ja robię sobie zawsze listę najistotniejszych cech, oceniam wycieczki według tych cech, oczywiście każdej cesze nadaję wagę, a potem wyliczam średnią ważoną. Dobra metoda (http://f.kafeteria.pl/, wpis z 02.07.2015.02.27, dostęp 20.12.2015).

Ja wyznaję złotą zasadę, że najpierw patrzę na program wycieczki, to jest dla mnie najistotniejsze, bo najważniejsze jest w końcu to, co chcę zobaczyć i gdzie być. Potem patrzę na gwarancje, ceny i promocje. Jeśli tutaj wyniki są zbliżone, to wybieram to biuro, o którym mam lepszą opinię (…) (http://f.kafeteria.pl, wpis z 03.11.2015, dostęp 20.12.2015).

Podobne motywacje pojawiały się w czasie rozmów z osobami jeżdżącymi na wyjazdy zorganizowane. Jedna z warszawskich rozmówczyń w odpowiedzi na pytanie o przygotowania do wyjazdu zaczęła obszernie omawiać swoją strategię:

Przygotowania praktyczne to prześwietlenie każdej oferty, sprawdzanie trasy, przejrzenie wszystkich opinii, no nie da się ukryć, że również śledzenie wszystkich zmian ceny imprezy, robienie kalkulacji, porównywanie imprez w to samo miejsce różnych biur, weryfikowanie terminów (…). Na przykład przed Chinami porównywałam różne oferty, co do milimetra sprawdziłam programy (…), bo one się niewiele różniły. Absolutnie nie różniły się miastami, ale różniły się jednym, dwoma punktami i tego muszę dopilnować. Muszę sprawdzić, czy ten jeden punkt nie jest na przykład w droższej ofercie, czy to ma sens, czy mi starczy pieniędzy, żeby wykupić tę droższą ofertę, wiec to są te mało romantyczne przygotowania. Ja jestem tutaj wielki logistyk (1-K-tz).

Bywa, że decyzję o wyjeździe przedstawia się jako spontaniczną, podjętą pod wpływem wyjątkowych okoliczności (na przykład atrakcyjnej ceny), albo wpisuje się ją w plan swoistej turystycznej konkwisty, polegającej na zwiedzaniu „całego świata”:

Był taki moment, że myśmy się tak nastawili na Azję i byliśmy wtedy najpierw w Tajlandii, później byliśmy w Indiach; Chiny i to wszystko. A później nam coś odbiło i przenieśliśmy się na Amerykę południową: Kuba, Meksyk, Wenezuela… To było spontaniczne. Na ogół jest to inicjatywa mojego pana męża, który w pewnym momencie gdzieś tam latał po biurach podróży i: ‘Ty, słuchaj jest, tam wyjazd, jedziemy!’ No i zdawałam się całkowicie na niego. Mnie było wszystko jedno – czy pojadę, tu czy tam. Cieszyłam się, że jadę. A czy ja pojadę do Indii, czy ja pojadę.. To po prostu było mi obojętne. Chciałam zobaczyć jak najwięcej, co się da i ile się da.. A Indie to były po prostu takim spontanem, akurat gdzieś natrafił na to biuro. Fajny wyjazd, jedziemy, akurat koniec jesieni, to tutaj jest zimno, to tam cieplej… No to nie są jakieś przemyślane [decyzje – AW], że ja muszę tam jechać i zobaczyć, tylko tam gdzie się akurat w danym momencie trafiło, to żeśmy jechali” (20-K-tz,ti).

W wypowiedzi tej topika wolności realizuje się poprzez opowieść o możliwości dokonania swobodnego wyboru z szerokiego spektrum możliwości. Wyboru dokonuje mąż rozmówczyni, będący łowcą okazji. Wydaje się, że oboje pojechać mogą wszędzie – rozległy świat jawi się jako teren turystycznej eksploracji (organizowanej przez biuro podróży).

Kultywowanie sytuacji kontroli

Na forach poświęconych turystyce zorganizowanej wiele pytań i porad dotyczących wyjazdów do Indii koncentruje się na kwestiach higieny i sposobów ochrony przed zagrożeniami chorobą (np.: trzeba myć zęby wodą butelkowaną, warto mieć przygotowane skarpetki, gdyż w świątyniach trzeba zdejmować buty, lepiej wystrzegać się basenów hotelowych…). W ten sposób oddolnie tworzy się i konsoliduje korpus wiedzy o tym, jak się chronić przed egzotycznym krajem i jak z niego korzystać. Tak też było w przypadku dyskusji forumowej, od której zaczęłam poprzedni rozdział. Odpowiedzi, jakie padały na zadane przez turystkę pytanie, pozwoliły jej tworzyć coraz precyzyjniejsze wyobrażenie dotyczące przyszłej podróży. Jednakże w miarę ich uzyskiwania jej apetyt na tego rodzaju wiedzę rósł; dostrzegała kolejne miejsca, które trzeba było wypełnić konkretnymi informacjami:

Duże dzięki za cenne informacje. Optymistyczna i bardzo cenna informacja to ta o czajnikach i wodzie mineralnej. [W odpowiedzi na wiadomość, że są to rzeczy dostępne w pokojach hotelowych – AW.] To może da się przeżyć na chińskich zupkach.[…] Wizja chorowania i toalet – nieciekawie to wygląda. No cóż. Ale wolę się przygotować na to, co mnie czeka. Mam nadzieję, że atrakcje turystyczne warte są tych „cierpień”. […] A jak gniazdka elektryczne? Potrzebne jakieś przejściówki czy inne sztuczki (np. na Sri Lance przydaje się … ołówek)? A co do strojów? To taki ostry reżim co do tych ramion i nóg? Tylko długie spódnice i długie rękawy? Jak byłam w Algierii, to pilot robił afery o strój. A niby skąd miałam wiedzieć, że tam trzeba być zakrytym, skoro wtedy to nawet w Internecie nie było prawie nic o tym kraju. I jeszcze może jedno pytanie mi się nasuwa. Na Sri Lankę poradzono mi (i słusznie), aby zabrać jakieś skarpetki, bo w świątyniach chodzi się boso i parzą kamienie. A tu – też boso? A program jest bardzo napięty? Długie przejazdy? Z góry dziękuję za wszystkie informacje (abc.forum,gazeta.pl; post z 16.12.2011, dostęp 20.12.2015).

Wzmianki o odbytych wcześniej wyjazdach sugerują, że autorka to turystka doświadczona. Posiadane doświadczenie sprawia, że wie, co wchodzi w zakres klosza ochronnego, zabezpieczającego przed dyskomfortem w podróży; potrafi wyobrazić sobie zakres problemów, które mogą pojawić się w trasie. Wagę tego rodzaju zapobiegliwości w charakterystyczny sposób przedstawiła jedna z rozmówczyń:

Oczywiście to są wyjazdy bardzo zorganizowane, absolutnie nie traperskie, a mimo to mnóstwo rzeczy trzeba posprawdzać (…). Na przykład taki drobiazg – ubrania; na szczęście mamy taki standard ubrań, który zawsze się sprawdza, ale jeśli to jest kraj ortodoksyjny, to trzeba pamiętać o ubraniach do meczetu, tego nie można sobie odpuścić, zaniedbać, bo potem jest problem. (…) Mimo że my wędrujemy w takich warunkach bardzo wygodnych i mamy codziennie hotel, to jednak trzeba tego pilnować. Trzeba pilnować zestawu leków; w przypadkach niektórych krajów bezwzględnie trzeba brać leki związane na przykład z biegunką czy jakimiś innymi problemami, bo na trasie nie ma opcji, że ktoś się rozkłada i już (…) To nie jest pobytówka, tu się jest w trasie, więc różne rzeczy trzeba sobie wyobrazić i się przygotować. Poza tym trzeba sprawdzić, jakie są gniazdka, jaka jest elektryczność, wziąć adaptery (bo zawsze bierzemy ze sobą mały czajniczek do gotowania wody, herbaty, bo to jest niezbędne wieczorem w hotelu) (1-K-tz; podkr. AW).

W przypadku masowych imprez zorganizowanych budowanie szczelnego klosza chroniącego przed dyskomfortem ciała pozostaje w zgodzie z ogólniejszym projektem wiedzy pozyskiwanej w czasie podróży. Oferty biur podróży eksponują ten projekt w programach: poznanie kraju to w przeważającej mierze poznanie jego historii i kultury, zaznajomienie się z najważniejszymi zabytkami kultury i sztuki oraz z charakterystycznymi przejawami życia kultur tubylczych. Zwiedzanie polega na oglądaniu różnych atrakcji turystycznych i słuchaniu dotyczących ich informacji. Jest to projekt bardzo ogólny, włączający także retorykę przeżywania, smakowania świata, zanurzania się w egzotycznej kulturze (na przykład spędzenie nocy na pustyni); dominuje jednak koncepcja zwiedzania jako oglądania. Wypowiedzi osób przygotowujących się do wyjazdu wskazują na to, że „kupują” oni ten projekt. Troska a o ciało, któremu trzeba zapewnić komfort jest zrozumiała, skoro wycieczka traktowana jest przede wszystkim jako okazja do zobaczenia kraju[7].

Wyjazdy organizowane samodzielnie oraz zorganizowane trampingi promują nieco inny rodzaj wiedzy – takiej, która chce wspierać się na wszystkich zmysłach, a nie tylko na wzroku, takiej, która każe zanurzać się w lokalnych kulturach. Programowe jest więc wyjście poza turystyczny klosz ochronny. Niemniej jednak na stronach internetowych poświęconych wyjazdom organizowanym samodzielnie wiele miejsca poświęca się temu, co warto wziąć. Nierzadko podróżnicy publikują szczegółowe listy, zaznaczając, że ich intencją jest udzielenie porady przyszłym podróżnikom. Nie ulega przy tym wątpliwości, że pakować się trzeba w plecak (nie w walizkę) nie tylko ze względów praktycznych. W odpowiedzi na zadane na forum pytanie o to, czy w podróż do Indii lepiej wziąć plecak i walizkę, padła charakterystyczna odpowiedź:

Walizka jest dobra na podróże z taksówką, hotele i na minimalne chodzenie, jeśli jedziesz do Indii z walizką, to licz się z tym, że trudniej będzie Ci się negocjować ceny. Taki mały chwyt – jesteś podróżnikiem to masz plecak – jeśli jesteś turystą, na którym można zarobić – wozisz się z walizką. (…) (http://www.goldenline.pl, post z 04.04.11, dostęp 20.12.2015; podkr. AW).

Plecak to wyraz przynależności do kosmopolitycznej grupy backpackerów. Pakując go, należy zmierzać do tego, by brać jak najmniej – z przyczyn zarówno praktycznych (im lżejszy plecak, tym wygodniejsza będzie podróż), jak i ideologicznych (potrzeby warto zaspokajać w taki sposób, w jaki czynią to tubylcy). Przygotowanie bagażu na pierwszą daleką wyprawę to szczególny sprawdzian umiejętności przekładania ideologii na praktykę. Ciężar plecaka wskazuje na wagę obaw przed cielesnym zanurzeniem się w obcości.

Jedna z rozmówczyń opowiadając o tym, jak kompletowała bagaż przed swoim pierwszym wyjazdem trampingowym, wspomniała, że informacje czerpała głównie z książki Marzeny Filipczak „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” i spotkania z podróżniczkami zorganizowanego przez „jakiś klub podróżniczy” w warszawskiej księgarni:

Tam były właśnie panie, które same pojechały do Indii, i odpowiadały na różne najdziwniejsze pytania publiczności. Bardzo miło wspominam to spotkanie. Także tam też się sporo dowiedziałam – jakichś takich trików, różnych rzeczy, co warto ze sobą wziąć, czego nie warto (…). Na podstawie tej lektury i spotkania stworzyłam sobie listę rzeczy, które powinnam kupić przed wyjazdem, i to wszystko kompletowałam. Oczywiście też dzwoniłam parę razy do tego biura podróży i się pytałam, jak się przygotować. (…) Kupiłam plecak wielki. Mnóstwo sprzętu, który warto zabrać, okazało się, że część w ogóle nie była mi potrzebna i potem odsyłałam to w paczkach do domu, ale cześć na pewno się przydała. Potem wykreślałam z tej listy rzeczy, które już kupiłam (22-K-ti,ttr).

Podróżnicy nierzadko zaznaczają, że w miarę nabywania doświadczenia podróżowali z coraz lżejszymi plecakami. Taką historię przestawił jeden z rozmówców. Opowiadał, jak przed wyjazdem trampingowym do Indii kierował się zaleceniami przewodniczki: ona faktycznie traktowała nas jak idiotów i w sumie jej się nie dziwie, bo tak się zachowywaliśmy. «Weźcie ze sobą plecaki, nie pakować się w walizki, jak najwięcej rzeczy ciepłych takich cienkich, (…) będziemy z tymi plecakami chodzili nawet i dwa kilometry» (…)”. W czasie tamtego wyjazdu miał ”jeden plecak główny na plecach, który ważył – wtedy jeszcze ważył szesnaście kilogramów (bo wtedy tak się pakowałem), z przodu miałem plecak podręczny, który ważył – no nie wiem – z osiem, dziesięć. No, to jednak dwadzieścia pięć! I chodzisz sobie jak wielbłądzik, bo jednak jeden plecach z tyłu, drugi na brzuchu”. Natomiast teraz: „generalnie główny bagaż waży dziewięć, bo tyle biorę, i rzeczy kupuję najczęściej na miejscu. W Indiach sporo fajnych rzeczy można sobie kupić, takich na ichniejsze temperatury, lnianych, bardzo przewiewnych. Podręczny zawsze waży te osiem kilogramów, bo sam aparat mój waży cztery, to podręczny od razu automatycznie waży osiem (2-M-in-trt-tm).

Jeśli przyjrzymy się publikowanym w internecie listom rzeczy wartych zabrania, zauważymy, że w istocie chodzi zarówno o to, by wziąć jak najmniej, jak i o to, by wziąć wszystko, co zapewni ochronę i komfort ciała. Lekki bagaż symbolizuje wolność od ograniczeń; bagaż, w którym jest „wszystko” wskazuje na troskę ciało (któremu zaszkodzić może zbyt gwałtowne zanurzenie się w obcej kulturze). Warto zwrócić uwagę na to, że często wśród zaleceń dla przyszłych podróżników indywidualnych znajduje się wzmianka o konieczności zabrania papieru toaletowego (a także żeli antybakteryjnych i środków odkażających). Przejście na stronę lokalnej koncepcji czystości okazuje się trudne. Powiązane ze sobą kategorie czystości i brudu są cieleśnie odczuwane na poziomie codziennych praktyk i nie da się ich dowolnie zmieniać. Można wiedzieć o hinduskich zasadach używania prawej i lewej ręki, a także o tym, że „woda oczyszcza”, i o tym, jak przejęci są Hindusi kwestią tego, co uważają za czyste i nieczyste – ale warto włożyć do plecaka rolkę papieru toaletowego. Poczucie bycia brudnym pojawia się na mocy habitusu, spychając na drugi plan posiadaną wiedzę.

Jak pisała Natalia Bloch, „często doznania cielesne, które trudno zaklasyfikować jako doświadczenia któregoś z nazwanych w naszej kulturze zmysłów, takie jak dolegliwości żołądkowe (biegunka, wymioty) czy choroba wysokościowa, determinują odbiór rzeczywistości, nawet u osób początkowo bardzo otwartych na kontakt. Koncentrowanie się przede wszystkim na tym, żeby dotrwać do kolejnej toalety, bądź nieustanny ból głowy dodatkowo wzmożony bezsennością nie stwarzają okoliczności sprzyjających poznawaniu i rozumieniu” (Bloch 2014: 199-200). Takie sytuacje wyraźnie wskazują na to, że pewne elementy wyobrażenia o zanurzaniu się w lokalnej kulturze mają charakter utopijny. Z tego punktu widzenia bardziej prostolinijny może się wydać projekt turystyki masowej, który nie ukrywa istnienia klosza turystycznego.

Podsumowanie

Kiedy o swoich podróżach o Indiach opowiadali turyści korzystający z biur podróży, uczestnicy zorganizowanych trampingów i podróżnicy niezorganizowani, odwoływali się do podobnego zestawu symboli i używali podobnych toposów[8]. Różniły ich projekty doświadczenia realizowane w czasie podróży i związane z nimi koncepcje wiedzy, ale łączyły ograniczenia wynikające z porządku społeczno-kulturowego. Chodzi tu przede wszystkim o ten aspekt ograniczeń, który nazwałam uwikłaniem w czas: czas biograficzny jednostki zostaje wtłoczony w reżimy czasowe wynikające ze społecznie organizowanego rytmu pracy. Podróż to moment, gdy można wyrwać swój czas biograficzny z tych trybów – z tego bierze się nadzieja na zostanie jego władcą. Sytuacja podróżowania w czasie definiowanym jako „czas wolny” (co w tym wypadku oznacza po prostu czas poza pracą) tworzy pole do ćwiczeń w realizowaniu wolnościowych utopii. Ćwiczenia te mają charakter zależny od formy organizacji podróży.

Wyjazdy, które określa się mianem niezorganizowanych same w sobie stanowią manifestację wolnościowej ideologii. W narracjach o nich bardzo często retorycznie zamazywane są ograniczenia wynikające z uwikłań społeczno-biograficznych – w efekcie stają się one opowieściami o wolności i samodzielności. Praktyki takie jak korzystanie z instytucjonalnego wsparcia lokalnych organizatorów turystyki (pozwalające na zakup pakietów wycieczkowych na miejscu), podążanie szlakiem wyznaczanym przez przewodniki, czerpanie wiedzy z Internetu, internetowe dokonywanie rezerwacji nie umniejszają tej wymowy. Każdą ofertę trzeba było bowiem znaleźć i wybrać, wykazując się aktywnością i przemyślnością. Problemy pojawiające się w podróży przedstawiane są jako wynikające ze specyfiki kultury lokalnej.

Narracje o zorganizowanych wyjazdach trampingowych tworzy się tak, by przypominały te o wyjazdach indywidualnych, a wydawały się opozycyjne w stosunku do imprez masowych. Ich uczestnicy podkreślają swobodniejsze dysponowanie czasem niż w przypadku „typowych wycieczek” oraz na specyfikę grupy (wycieczka turystów masowych to stado; grupa trampingowców to kameralny zespół koneserów podróży),

Wyjazdy organizowane w ramach turystyki masowej mają odgórnie narzucony program, ścisły reżim czasowy; turysta znajduje się w grupie przypadkowych współtowarzyszy i przydzielonego odgórnie pilota. Zobowiązany jest do przestrzegania pewnych reguł. Turyści wypracowują jednak strategie, pozwalające im rozwijać poczucie kontroli nad tą sytuacją i wykazywanie własnej sprawczości. Wyszukują różne luki w informacjach, starając się zawczasu sprawdzić skuteczność ochronnego klosza (mimo że niejako z definicji to organizator imprezy powinien zapewnić im poczucie komfortu i bezpieczeństwa.) Oddolnie (na forach internetowych) tworzą korpus wiedzy podróżniczej, dowodząc jednocześnie, że do podróżowania w grupie potrzebne są pewne kompetencje. Wiele uwagi poświęcają kryteriom wyboru odpowiedniej wycieczki. Wybór jednej możliwości spośród paru, które się uprzednio wyszukało, implikuje sens panowania nad sytuacją i pozwala retorycznie podkreślić sprawczość jednostki.

Powyższe strategie wiążą się z opracowywaniem sytuacji, w jakiej znajdują się członkowie społeczeństw zindywidualizowanych – chodzi tu o strukturalnie wymuszaną konieczność dokonywania wielu wyborów, dotyczących różnych dziedzin życia. Jak dosadnie wyraził to brytyjski socjolog Anthony Giddens: „nie ma wyboru – trzeba wybierać” (Giddens 2002: 113). Brzemię wyboru można jednak zamienić na wolność wyboru. Podróż okazuje się materią, pozwalającą realizować pragnienia zrodzone z kulturowych uwikłań. Osnowę tworzy to, co zwykle nazywa się formą organizacji podróży (zorganizowanej/niezorganizowanej); na niej tkane są wolnościowe wątki, by w dać w efekcie wzory różnych podróży.
Cytowana literatura

Bloch Natalia, Przegrzanie Autentycznością. Pomiędzy swojskością a obcością w wielozmysłowym doświadczaniu Indii przez turystów trampingowych, „Lud”, t. 98, 2014, s. 181–203.

Boorstin Daniel, The Image: A Guide to Pseudo-Events in America, Harper, New York 1964.

Cymańska-Grabowska Barbara, Steblik-Wlaźlak Barbara, Turystyka, tom I Podstawy turystyki. Warszawa, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 2013.

Giddens Anthony, Nowoczesność i tożsamość, „Ja” i społeczeństwo w epoce późnej

nowoczesności, przeł. Alina Szulżycka, PWN, Warszawa 2001.

Filipczak Marzena, Lecę dalej. Tanie podniebne podróże, Poradnia K, Warszawa 2012.

Sørensen Andres, Backpacker Ethnography, “Annals of Tourism Research”, 2003, vol. 30, nr 4, 847–867.

Terminologia turystyczna. Zalecenia WTO, Organizacja Narodów Zjednoczonych, World Tourism Organization, Instytut Turystyki, Warszawa 1995, s. 5–7.

[1] Przeprowadzono 22 wywiady nieustrukturyzowane z osobami, które odbyły wyjazdy do Indii. Były to wyjazdy o różnym charakterze – wycieczki i imprezy pobytowe organizowane przez biura turystyki masowej, zorganizowane wyjazdy trampingowe oraz wyjazdy organizowane samodzielnie. Badaczką przeprowadzającą wywiady była Joanna Baranowska – gromadziła ona ten materiał w czasie trwania prac modułu (w roku 2014 i 2015).
Wywiady kodowane są w następujący sposób: nr wywiadu, płeć rozmówcy (M-mężczyzna; K-kobieta), rodzaj wyjazdu (tz – turystyka zorganizowana masowa; ttr turystyka trampingowa; ti turystyka indywidualna). W przypadku osób mających na swym koncie wyjazdy o różnym charakterze, symbole porządkuję, poczynając od formy najczęściej uprawianej.

[2] Tak dowodziła jedna z uczestniczek forum, na którym omawiano różne warianty wycieczek zorganizowanych: „Zaplanowanie urlopu to jest praca, jeśli ktoś zrobi to za ciebie to sporo zaoszczędzonego czasu. I jeśli chodzi o objazdy to podobne pieniądze. W zeszłym roku sami zorganizowaliśmy sobie wyjazd do Tajlandii, lecieliśmy (…) najtaniej w zasadzie jak się dało. Wybraliśmy sobie program z biura turystycznego (…), który nam się najbardziej spodobał i wzorowaliśmy się na nim, śpiąc w podobnych warunkach itp. Podliczając wszystko wyszło 7,5 tys. na osobę. Więc porównywalnie. Brakowało nam na pewno pilota i przewodników, byliśmy trochę zagubieni. Tak więc nie wiem czy następnym razem nie zdecydujemy się na wyjazd z biurem (…)” Dominihua (http://f.kafeteria.pl, wpis 07.12. 2015.12.07, dostęp 20.12.2015).

[3] „Wycieczka [zorganizowana – AW] do Indonezji, jeżeli chodzi o grupę, masakra. Była grupa śmiesznych ludzi, tacy, 40 którzy co dziennie się musieli, że tak powiem najebać, bo inaczej, co to za wakacje by były (2-M-in-trr-tm)

[4] Por. zalecenia terminologiczne Światowej Organizacji Turystyki: „Turystyka obejmuje ogół czynności osób, które podróżują i przebywają w celach wypoczynkowych, służbowych lub innych nie dłużej niż jeden rok bez przerwy poza swoim codziennym otoczeniem, z wyłączeniem wyjazdów, w których głównym celem jest działalność zarobkowa wynagradzana w odwiedzanej miejscowości” (WTO 1995).

[5] Zob. Także wypowiedź o czasie wolnym w czasie zorganizowanych wycieczek: „Ja jestem bardzo zdyscyplinowana, okropnie lubię zwiedzać świat, no, ale jak każdy jak się słyszy czas wolny to człowiek się czuje jak spuszczony ze smyczy i po prostu jest to wielka radość, że się może wybrać samemu. No właśnie jedyną barierą jest to, że jest bardzo mało czasu, a mówię teraz o czasie wolnym w trakcie dnia, a nie wieczorem, bo wieczorem masz teoretycznie czas do rana, ale jednak lepiej do tego hotelu wrócić (…) .(1-K-tz)

[6] W utyskiwaniach na biuro, które „nie spełniło oczekiwań”, można widzieć w tym przejaw roszczeniowej postawy, podyktowanej zasadą „płacę i wymagam”; można też jednak interpretować je jako próbę zaznaczenia swojej kontroli nad sytuacją.

[7] Pojawiają się też wypowiedzi dotyczące społecznych aspektów podróżowania. W przeważającej mierze dotyczą one jednak kwestii integracji wewnątrz grupy.

[8] Niekiedy dyskutowali ze stereotypami i mówili na przykład, że w Indiach wcale nie jest tak bardzo brudno, że Hindusi często się myją, a środkach komunikacji zapach potu nie dokucza tak często jak w Polsce – ten motyw pojawiał się dość często zarówno w rozmowach, jak i na forach.

Autorka:

prof. Anna Wieczorkiewicz
Koordynator Modułu VI, badacz

Adjustacja techniczna

dr Karolina Dudek

Opublikowane w:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 × two =